wtorek, 7 marca 2017

Trzy słowa, które zdemaskują "dietetyka-przebierańca"

Od jakiegoś czasu panuje burza w środowisku dietetyków (nie chcę nazywać tego wojną, bo to już chyba za duże słowo). Mianowicie osoby "z papierem", czyli po studiach, spierają się z tymi, które praktykują zawód, mając na swoim koncie tylko kursy lub roczne podyplomówki. Każda ze stron ma trochę racji, ale i bezpodstawne argumenty w dyskusjach też się zdarzają. Na ten moment wolałabym nie wchodzić w głębsze szczegóły ani opowiadać się jednoznacznie za jednymi, czy drugimi - na to przyjdzie jeszcze czas. Jednak myślę, że będziecie w stanie domyślić się, która grupa jest mi bliższa ze względu na postulaty, którymi się kierują.

Pssst... Dla lepszego zobrazowania sytuacji, spór przypomina odrobinę ten, który toczy się między naturalnymi kulturystami i tymi, którzy wspomagają się... pewnymi środkami.


Z jednej strony wierzę w bycie samoukiem i wiem, że niejednokrotnie szkoły/uczelnie wypuszczają z dyplomami totalne gnioty, a nie specjalistów, jednak z drugiej - uważam, że mimo wszystko należy mieć pokorę wobec tak medycznego zawodu, jakim jest dietetyk. Jest niebywała różnica pomiędzy zajmowaniem się nauką zdrowych nawyków jako edukator żywienia, a prowadzeniem pacjentów, którzy być może na pierwszy rzut oka mogą wydawać się mało skomplikowanymi przypadkami (bo co niby może być trudnego w odchudzaniu? a no, na przykład to, że taka osoba może mieć dodatkowo jakieś dosyć powszechne schorzenia typu Hashimoto, nadciśnienie, hipercholesterolemia, niedokrwistość... i co wtedy? samo ograniczenie kalorii nie wystarczy). 

Z dietetykami jest mniej więcej tak jak z lekarzami. Skoro nikt nie chce by leczył go ktoś, kto ściągał na egzaminach, dlaczego pozwalacie, by żywili was ludzie niewyspecjalizowani w tym temacie? Przecież jesteśmy tym, co jemy, a większość chorób cywilizacyjnych jest dietozależna i niejednokrotnie rozwijają się ze złego sposobu odżywiania. I żebyśmy mieli jasność - wcale nie neguję inspirowania się przepisami znalezionymi na forach czy w blogosferze, bo one są bardzo przydatne i chwała za nie wszystkim pasjonatom kulinarnym! Ale naprawdę przykro patrzeć, gdy motorem napędowym do otworzenia działalności jako "specjalista" i kasowania niemałych pieniędzy za plany żywieniowe jest przekroczenie kilkunastu tysięcy followersów na insta. Gdyby jeszcze te plany były dobrze skomponowane, pół biedy, ale niestety... Wierzcie mi, ładne zdjęcia jedzenia i z treningów na siłowni nie czynią jeszcze autorytetem. Tak samo jak bycie znanym aktorem/wokalistą/dziennikarzem/inną osobą publiczną, która zrzuciła zbędne kilogramy i napisała o tym książkę. Hitem jest Trybson z Warsaw Shore, który otwarcie przyznaje się, że nie ma stosownego wykształcenia, ale i tak promuje się jako "dietetyk online" (polecam zerknąć na jego instagram, a konkretnie na ramkę bio). Eeech...

A teraz tak totalnie z przymrużeniem oka! Jeśli jest dla was ważny poziom wiedzy osoby, w której ręce oddajecie swoje zdrowie, przedstawiam wam trzy słowa, prawdziwe drobnostki, które mogą pomóc wam zdemaskować dietetyka-przebierańca. Rozmawiając ze specjalistą, zwracajcie uwagę na szczegóły, bo to w nich kryje się prawda o jego alma mater (lub jej braku). Poniżej zestawienia "synonimów" - pojęć, których używa się w dietetycznym środowisku (na uczelni, konferencjach, szkoleniach...) i ich niepoprawnych odpowiedników, które utarły się w mediach oraz w powszechnym użyciu.

Waga vs. masa ciała
Już od początku pierwszego roku studiów wbijano nam do głowy jedną, konkretną rzecz: waga to przyrząd, służący do pomiarów, nie ilość kilogramów. I akurat tego trzymam(y) się bardzo konsekwentnie.

Dieta lekkostrawna vs. łatwo strawna 
Posługiwanie się prawidłową nomenklaturą diet (nazewnictwem) jest o wiele bardziej istotne niż może się wydawać. Osobiście uważam, że jest to jeden z czynników, który wpływa na ocenę profesjonalizmu specjalisty. O diecie "lekkostrawnej" bez wątpienia słyszał każdy. Problem w tym, że coś takiego jak dieta lekkostrawna nie istnieje. Mamy dietę łatwo strawną i to tej nazwy należy używać, mimo że w teorii zalecenia są identyczne przy obu wersjach nazewnictwa.

Kaloria vs. kilokaloria
Pamiętam to jak dziś. Pierwsze zajęcia w nowym roku akademickim na początku specjalizacji. Prowadząca nasz wiodący moduł z dietetyki klinicznej non stop groziła palcem i poprawiała, gdy ktoś z przyzwyczajenia używał słowa kaloria zamiast kilokaloria, a że akurat to pojęcie przewija się dosyć często, zdarzało się to tak nagminnie, że wręcz sytuacja stawała się groteskowa. "Bo dietetykowi popełnianie tak kardynalnych błędów nie przystoi". Strasznie nas to denerwowało, ale cóż, jakby nie patrzeć, miała trochę racji.
1 kaloria [cal] to 4,1868 dżula [J], natomiast 1 kilokaloria [kcal] to 4 186,8 dżula [J]. Potężna różnica.


Podejrzewam, że takich słów jak te powyżej jest więcej. Owszem, nawet osobom z wysokimi tytułami pewnie zdarza się używać wersji w teorii niepoprawnych np. dla lepszej komunikacji z pacjentem, dlatego właśnie piszę to wszystko nie będąc śmiertelnie poważną. Czasem należy dostosować język do osoby, którą ma się przed sobą w trosce o to by jak najlepiej rozumiała, o czym mówimy.

Niemniej liczę, że jeśli przyjdzie wam poprosić ulubioną fitblogerkę albo swojego trenera personalnego o dietę, dwa razy zastanowicie się, czy to aby najlepszy wybór, bo historie osób, które ostatnio zgłaszają się do mnie po ratunek po takiej decyzji, są naprawdę przerażające. I tak, przyznaję, że to samo mogło ich spotkać po wizycie u "prawdziwego" dietetyka, który na studiach miał po prostu więcej szczęścia niż rozumu, dlatego najważniejsze to być czujnym. Tu chodzi o wasze zdrowie. Sprawdzajcie kompetencje.


Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

9 komentarzy:

  1. Dla mnie ważne jest to, że coraz więcej osób faktycznie pyta mnie o wykształcenie i pyta wprost czy jestem po kursie, pasjonatką czy po studiach. Dla mnie to oznacza, że jednak świadomość wśród ludzi rośnie. A czy może być coś lepszego>?

    OdpowiedzUsuń
  2. Można by też wysnuć wnioski, że ideałem jest osoba, która ma zarówno "papier", jak i chęć samodokształcania się. Mam wrażenie, że w wielu dziedzinach medycyny niestety brakuje pokory w tę drugą stronę i lekarze niechętnie się dokształcają, szukają nowego. Nauczyli się to się nauczyli i przepisują leki na ślepo (mam nieprzyjemność z dwoma takimi w moim ośrodku zdrowia, a inny przykład to starsza Pani lekarz dermatolog, która kompletnie nie umiała odnieść się do moich pytań czy naturalna pielęgnacja i przede wszystkim olejki na twarzy mogły by w moim przypadku pomóc czy zaszkodzić). A co do czepialskich słówek, ulubione z moich studiów, nie mówi się "woda pitna" tylko "woda przeznaczona do spożycia". Mina mojego chłopaka kiedy mówię to sformuowanie np. na środku supermarketu jest bezcenna :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja trafiłam do dietetyka, który studia miał pokończone, kursy też. Nie było jednak pomiarów ciała, jedynie poleganie na Tanicie, wizyta to odklepanie regułki "jadłaś jak kazałam?" "tak" "zapraszam na wagę. oj coś mało się schudło, no ale trudno, jak jadłaś tak jak powinnaś to widocznie tak miało być". Zrezygnowałam, bo mnie te wizyty nie satysfakcjonowały, a niechęć do szukania przyczyny bardzo powolnego chudnięcia mi się zdecydowanie nie podobała.

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny artykuł, niestety to cała prawda jaka dzieje się w świecie dietetyków, czekamy na uregulowanie prawa tej dziedzinie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajny wpis. Warto uświadamiać ludzi przed wizytą u dietetyka. Naprawdę ciężko trafić na odpowiedniego specjalistę.

    OdpowiedzUsuń
  6. Powszechny kult ciała i urody spowodował, że tylko niewielka grupa osób jest szczęśliwa. Większość dąży do boskości, zmieniając ciało i ubiory, inwestując w siebie, żeby być jeszcze wspanialszym, eksperymentując z głodówkami i dietami, ale z reguły jest to złe odżywianie. Każdy z tych wynalazków albo niszczy metabolizm albo powoduje efekt jojo. Naprawdę jedynym sposobem jest zaufanie dobremu dietetykowi.

    OdpowiedzUsuń
  7. Po pierwsze, dietetyk to osoba, która nie tylko odchudza. Szczególnie ten kliniczny. Może w Polsce to jeszcze leży, ale już na całym świecie widzi się i docenia wpływ odpowiedniego żywienia na choroby, prewencję a także na geny. Niestety, większość osób sądzi, że praca dietetyka sprowadza się tylko do pacjentów z nadwagą. Bzdura!
    Ja jako studentka dietetyki na uniwersytecie medycznym, gdzie cały pierwszy rok zmagałam się z takimi przedmiotami jak biochemia i anatomia, uważam że osoby po kursie nie będą miały takiej wiedzy jak te z 'papierkiem'. Oczywiście, ktoś może być samoukiem (ja też wiele rzeczy uczę się sama, siedzę w książkach, badaniach), ale powiedzmy sobie szczerze - takich osób jest mało. Większość ludzi chce zarobić pieniądze, a dietetyka to teraz kultowy i rozchwytywany zawód.
    Akurat u mnie wszyscy na uczelni używają słowa 'kaloria' i nikt nie uważa tego za błąd, każdy wie o co chodzi. Myślę, że rzeczą po której można poznać dobrego specjalistę, to indywidualne podejście. Jeżeli dostajemy gotowca, są tam rzeczy, których nie lubimy, albo nagle zmienia się wszystko w naszym codziennym menu - radzę poszukać kogoś innego :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Kwestię wagi i masy ciała miałam poruszaną na studiach nie raz :) O pozostałych dwóch w ogóle nie myślałam, a sporo w tym racji :) Fajny wpis z przymrużeniem oka, sama będę na to zwracała uwagę :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Co raz ciężej w tym kraju znaleźć kogoś rzetelnego, bardzo przydatny wpis, ja na szczęście mam zaufanego dietetyka, z którego porad korzystam od dłuższego czasu i wszystko jest ok.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...