poniedziałek, 14 listopada 2016

Dietetycy robią to inaczej

Zastanawiam się, jak zareagujecie na poniższe słowa i... na ten moment widzę trzy najbardziej prawdopodobne opcje - zirytuję was, weźmiecie mnie za kompletną wariatkę albo dam wam do myślenia. A co mi tam, RYZYKUJĘ! Ekhemm, uwaga, piszę: ciężko być blogującym dietetykiem, ale wiecie, takim prawdziwym dietetykiem. Nie ekspertem wykreowanym przez DDTVN, nie blogerką po kursie, ani nie trenerem personalnym, który zna ledwie podstawy żywienia, ale chwali się na prawo i lewo dwoma certyfikatami z suplementacji.

Dlaczego?

Spróbujcie napisać publicznie, że zaleciliście dietę 1200 kcal osobie z nadwagą, o! albo że sami na taką przeszliście, bo chcecie zrzucić trochę ciałka, a potem dołączcie do tego przykładowy jadłospis, w którym, o zgrozo, pojawi się na śniadanie owsianka pełna węgli. Wiecie, co wtedy się stanie? Nie? To ja wam powiem... Zjedzą was żywcem.

Ooo, kochaniutka, dobrze się czujesz? Chcesz się zagłodzić? Chodakowska je 2000 kcal! Przecież taki tyłek nie bierze się z powietrza! Kto to widział... i ty niby masz być dietetykiem? Lepiej się doucz. Poza tym nie słyszałaś, że teraz hitem są śniadania białkowo-tłuszczowe? Chyba blogów nie czytasz, co?


Blogosfera bywa bezwzględna. Ja dietetykiem się jeszcze nie nazywam, bo aktualnie jestem tylko studentką trzeciego roku, ale tą presję wyczuwam już bardzo silnie. Bo internet nie zapomina i... nigdy nie odpuszcza. Zawsze sądziłam, że moda na bycie fit i kult siłowni jest zjawiskiem tylko i wyłącznie pozytywnym, ale ostatnio zaczęłam również zauważać w tym pewne mankamenty.

Tutaj aż roi się od pseudo specjalistów! Teraz co drugi bloger albo instagramowicz układa diety lub/i bawi się w bycie trenerem online i to nierzadko trzepiąc na tym niezły hajs. A ja czytam te jadłospisy, które krążą w sieci i mam ochotę przeżegnać się stopą (odżywka białkowa na kolację? serio?). Zwrócenie uwagi (nawet bardzo kulturalne i konstruktywne, podparte dowodami w literaturze) jest ryzykowne, bo w odpowiedzi można przeczytać wiele niemiłych słów, nie tyle od autora danej diety lub nowinki dietetycznej wyssanej z palca, a od jego świty czytelników, dlatego szybko z tego zrezygnowałam. Szkoda nerwów. Blogerzy (i ich czytelnicy) podążają za aktualnymi trendami, o których głośno w kolorowych gazetach i telewizjach śniadaniowych, ale nikt nie zauważa, że one nie zawsze są zgodne z tym, co głoszą największe autorytety wśród żywieniowców (i nie, nie mówię tu o Lewandowskiej, Ajwen czy Mauriczu, bo to bardziej celebryci niż autorytety). To, co dzieje się głównie w social media to moda w brzydkim tego słowa znaczeniu, ale prawdziwa dietetyka wygląda inaczej. Jedna z najlepszych dietetyczek, jakie znam i jednocześnie moja wykładowczyni, stwierdziła, że w blogosferze mają miejsce sytuacje, które bez zastanowienia nadają się do zgłoszenia pewnym instytucjom. Nadużycie - tak to się nazywa, bo mimo że zawód dietetyka nie jest jeszcze w pełni uregulowany (o to między innymi walczymy w ramach Porozumienia Zawodów Medycznych), od kilku lat nie można świadczyć usług dietetycznych bez studiów kierunkowych! Ba! Dietetykiem nie jest również osoba, która ukończyła podyplomówkę z tego zakresu, a co dopiero słuchacz szkoły policealnej czy kursant. Nie zrozumcie mnie źle, tutaj nie chodzi o to, że licencjaci i magistrzy czują się pokrzywdzeni, bo musieli włożyć o wiele więcej pracy i czasu w zdobycie zawodu niż cała reszta. Sęk w tym, że ta "reszta" popełnia tak kardynalne błędy, że nieraz bywają wręcz niebezpieczne dla pacjenta i nie ma co się dziwić, bo dietetyka jest niezwykle obszerną dziedziną i nie ma najmniejszych szans, by być dobrym specjalistą po trzech miesiącach czy nawet i po roku.

Im dłużej studiuję, tym większej pokory nabieram. Z tygodnia na tydzień widzę to coraz wyraźniej, zwłaszcza, że jestem kimś, kto zaczynał z pozycji blogera i też kiedyś myślałam, że skoro interesuję się zdrowym stylem życia od wielu lat to pozjadałam wszystkie rozumy. Och, jak bardzo się myliłam... Teraz gdy wgłębiam się w dietetykę coraz bardziej, odkrywam, że pod sztuczną otoczką, którą chcąc czy nie chcąc, widzą wszyscy, jest wiele więcej niż kiedykolwiek się spodziewałam. I to jest piękne, bo czuję się trochę tak, jakbym odnalazła własną Narnię. Właśnie z tego powodu proszę was, moi czytelnicy, o wyrozumiałość - sięgając do starych wpisów, zwracajcie uwagę na daty ich publikacji. Bloga traktuję również jako pewną formę pamiętnika, dlatego nie edytuję jego treści.

Będąc jedną nogą wśród dietetyków, a drugą pozostając w blogosferze, którą przecież tak bardzo kocham, czuję się trochę jak owca pośród wilków.

Psst, dla wszystkich tych, którzy twierdzą, że 1200 kcal to głodówka, dołączam poniższe cytaty, pochodzące ze Standardów leczenia dietetycznego otyłości:
"Wielkość deficytu powinna być dostosowana do wieku, płci, aktualnego stanu zdrowia, aktywności fizycznej, historii zmian masy ciała, motywacji pacjenta, jego zwyczajów i preferencji żywieniowych oraz przyjętej indywidualnej strategii redukcji masy ciała. W praktyce oznacza to, że kaloryczność diet redukujących o umiarkowanym deficycie energetycznym dla kobiet powinna wynosić około 1200 – 1300 kcal/d, a dla mężczyzn około 1400 – 1500 kcal/d."

"Istnieje wiele możliwych, skutecznych strategii żywieniowych prowadzących do redukcji masy ciała. Brak wystarczających dowodów naukowych na większą efektywność diet niskowęglowodanowych czy też niskotłuszczowych w osiągnięciu trwalej zmiany masy ciała u otyłych pacjentów. Pacjenci w sposób indywidualny odpowiadają na diety o zmodyfikowanych proporcjach makroskładników, w zależności od wielu czynników, w tym osobniczej wrażliwości na insulinę. Największe znaczenie ma uświadomienie pacjentowi, że utrzymanie efektu odchudzania zależy od wprowadzenia stałych zmian w stylu życia, a nie stosowaniu krótkotrwałych restrykcji żywieniowych. Badania dowodzą, że przy dobrej kontroli spożycia energii, proporcje makroskładników, indeks glikemiczny i ładunek glikemiczny diety nie są powiązane z redukcją masy ciała, a wpływ modyfikacji profilu diety na efekty redukcji masy ciała może zależeć od indywidualnych predyspozycji osób je stosujących."

Podsumowując, dla jednego pacjenta 1200 kcal będzie stanowczo zbyt małym pułapem, natomiast dla drugiego idealnym. Każdy przypadek należy traktować indywidualnie.

Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

sobota, 10 września 2016

Nie wolno jeść ogórka z pomidorem? MIT! Zwróć uwagę na inne istotne połączenia

Gdy ktoś decyduje się na zmianę nawyków żywieniowych jako jedna z pierwszych nowinek dietetycznych, zaraz obok niejedzenia po godzinie osiemnastej i tym, że woda przyśpiesza metabolizm, dociera do niego zakaz łączenia zielonego ogórka z pomidorem. Oczywiście, każda z nich jest mitem. Skąd się biorą, nie mam pojęcia, ale podejrzewam, że mają coś wspólnego z efektem zdania wyrwanego z kontekstu. 
Patrząc od strony faktów, wygląda to w ten sposób, że zielony ogórek zawiera askorbinazę - enzym, który mówiąc w skrócie, niszczy witaminę C. W związku z tym niełączenie go z pomidorem miałoby sens, gdyby nie to, że pomidor i tak sam w sobie zawiera niewiele tej witaminy (23mg/100g). Nie warto przejmować się takimi błahostkami. W zamian sugeruję zwrócić uwagę na inne warzywa, które mają witaminy C zdecydowanie więcej. Mowa tutaj na przykład o czerwonej papryce (144mg/100g), pietruszce (178mg/100g) czy jarmużu (120mg/100g).


Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

sobota, 13 sierpnia 2016

W temacie żywienia #1. "Historia wewnętrzna: jelita - najbardziej fascynujący organ naszego ciała" Giulia Enders 10/10

O tej książce po raz pierwszy usłyszałam od jednego z wykładowców mojej uczelni, którego tak się składa, że cenię najbardziej. Był nią wręcz oczarowany! Pomyślałam wtedy, że skoro ktoś kogo uważam za autorytet, ma o niej aż tak dobre zdanie, po prostu muszę po nią sięgnąć i przekonać się osobiście, co jest w niej takiego fantastycznego.
Jak się okazało... wszystko.


Wydawnictwo: Feeria
Data premiery: 04.03.2015 r
Ilość stron: 304
MOJA OCENA: 10/10

Jeśli wychowaliście się w latach 90 (osoby urodzone już po 2000 roku raczej nie będą w temacie), na pewno kojarzycie serial animowany, który w ciekawy i przede wszystkim przystępny dla dzieci sposób zdradzał tajemnice ludzkiego organizmu. Nazywał się "Było sobie życie". Historia Wewnętrzna to książka, która ma wiele z nim wspólnego.

środa, 3 sierpnia 2016

Ciekawostki dietetyczne #2. Skąd się bierze uczucie senności po posiłku i jak się z nim uporać

Motyw poobiedniej drzemki jest dosyć powszechnie spotykany. Zastanawialiście się kiedykolwiek, skąd się wziął?

W założeniu jemy, by dostarczyć sobie energii, więc dlaczego nierzadko po posiłku jedyne na co mamy ochotę to odrobinę lenistwa? Jest na to kilka wytłumaczeń.

Głównym winowajcą są tutaj węglowodany (szczególnie te proste) zawarte w produktach o wysokim indeksie glikemicznym. Powodują one szybki wzrost poziomu cukru we krwi, a więc automatycznie organizm uruchamia mechanizmy, które mają nas uchronić przed przecukrzeniem - wyrzuca duże ilości insuliny w celu uregulowania stanu i zmagazynowania nadmiaru glukozy. Sytuacja we krwi szybko wraca do normy. Problem w tym, że niejednokrotnie znacznie szybciej niż organizm jest w stanie to zauważyć, dlatego niepowstrzymana insulina ciągle obniżając poziom glukozy, który przecież już został doprowadzony do normy, w końcu powoduje hipoglikemię. Efekt? Czujemy spadek energii i głód. 

To poniekąd tłumaczy również fenomen śniadań białkowo-tłuszczowych i dlaczego produkty o wysokim indeksie nie są zalecane osobom z nadwagą, ale tym może innym razem.

Jak temu przeciwdziałać? Należy komponować swoje posiłki tak, by zawierały dobre źródła węglowodanów złożonych (np. kasze, makarony, ryż), których trawienie trwa znacznie dłużej, w związku z czym nie powodują nagłych skoków cukru we krwi, bo energia uwalniana jest z nich stopniowo. Dodatkowo warto zastosować triki, które opóźnią opróżnianie żołądka, co również wpływa na glikemię, a mianowicie dbać o to, by posiłek zawierał błonnik, przynajmniej odrobinę zdrowego tłuszczu oraz tyle warzyw, ile jesteśmy w stanie zjeść.

Najczęściej uczucie senności jest najsilniejsze, gdy zjedliśmy posiłek, który był bardzo obfity objętościowo. Na to wytłumaczeniem może być fakt, że wówczas jelita i cały przewód pokarmowy muszą podjąć wzmożoną pracę. W związku z tym krew z pozostałych rejonów ciała spływa właśnie do brzucha, by wspomóc cały proces. Kolokwialnie mówiąc, trawienie staje się dla nas priorytetem, dlatego inne układy po koleżeńsku się wycofują - w tym również mózg.

Rozwiązanie tego problemu jest niezwykle proste...

czwartek, 16 czerwca 2016

Najpierw trenujesz, by schudnąć, później zaczynasz to robić, by stać się NINJĄ

Dawno, dawno temu, kiedy nosiło się koszulki z krótkim rękawem tak, by spod nich wystawały te z długim, a Lady Gaga jeszcze kogoś szokowała, starałam się żyć aktywnie, bo jak co druga napotkana dziewczyna chciałam po prostu schudnąć. Chwyciłabym się wszystkiego, o ile ktoś obiecałby mi, że ten dany trening skutkuje mnóstwem spalonych kalorii i... rozmiarem mniej w zadowalającym czasie. Mógł być nawet śmiertelnie nudny, bezsensowny albo wyjątkowo nieprzyjemny - było mi to obojętne. Gwarancja efektów była wszystkim. I tak na testowaniu na sobie przeróżnych metod i fitnessowych wynalazków mijały mi miesiące, a później lata. Poprawna technika ani inne bardziej merytoryczne kwestie w ogóle mnie nie interesowały. Psst, teraz trochę się tego wstydzę, ale cii. Na szczęście w którymś momencie nagle dotarło do mnie, że coś tu nie gra...

Nie! Źle napisane! Wcale do mnie nie dotarło. Ja się po prostu znudziłam.

sobota, 11 czerwca 2016

Przyszły studencie, jeśli zastanawiasz się nad wyborem dietetyki, ten wpis jest dla ciebie!

Mamy czerwiec i tak sobie myślę, że to chyba już ten czas, gdy tegoroczni maturzyści (i nie tylko oni) przystępują do rekrutacji na studia, prawda? Zatem czy jest tu ktoś, kto zastanawia się nad wyborem dietetyki? Jeśli tak, to zapraszam do dalszej lektury. Na podstawie pytań, jakie najczęściej pojawiały się na dniach otwartych mojej uczelni, w których miałam okazję brać udział, opowiem wam co nieco o tym kierunku.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Z pamiętnika studentki: euforia białego fartucha

Przemaszerowałam dumnie przez korytarz pełen pacjentów, uśmiechając się z życzliwością do każdego z nich, kto nawiązał ze mną kontakt wzrokowy. Otwierając drzwi do chwilowo mojego gabinetu, jeszcze nie wierzyłam, że to się dzieje. Weszłam do środka i odetchnęłam, rozkoszując się tą chwilą. To takie niesamowite uczucie posmakować w końcu tego, do czego dąży się tak zawzięcie od kilku lat. Odkąd pamiętam, jakaś niezidentyfikowana siła przyciągała mnie do medycznego środowiska. Na biurku leżał stos kartotek pacjentów i materiałów dydaktycznych, które pod koniec konsultacji mieli ode mnie otrzymać, natomiast po lewej stronie stała waga oraz tablica pomagającą zobrazować prawidłowe żywienie. Zanim poprosiłam pierwszą osobę, posiedziałam chwilę przy ogromnym biurku, rozglądając się dookoła. Chciałam zapamiętać ten moment jak najlepiej. 

To było jak inauguracja. Przyznaję, lubię nadawać głębsze znaczenia pewnym wydarzeniom. Pierwszy pacjent, biały fartuch i tytułowanie mnie panią dietetyk. Najlepsze uczucie EVER.


Oczywiście, nie było tak, że zostałam puszczona zupełnie samopas, bo przecież jestem tylko studentką i nie mam jeszcze uprawnień do wykonywania zawodu. Pacjenci, którzy wychodzili ode mnie, byli kierowani na kontrolę do moich przełożonych, którzy sprawdzali, czy aby na pewno moje zalecenia są prawidłowe.

Mimo wszystko w najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewałam się, że podczas studenckiej praktyki zawodowej będę mogła choć przez krótką chwilę poczuć się jak prawdziwy dietetyk. Wszyscy dobrze wiemy jak to bywa - studentów raczej traktuje się jak piąte koło u wozu i to przytrafiło mi się rok temu. Natomiast tym razem trafiłam do miejsca, w którym nauczyłam się niezwykle dużo i to właśnie głównie przez praktykę, a nie samo obserwowanie.

Jest taka zasada wśród lekarzy i psychologów - nie powinni leczyć członków swoich rodzin. Sądzę, że wśród dietetyków również należy ją wprowadzić, o ile już ona nie funkcjonuje. W domu nikt nie patrzy na mnie jak na przyszłego specjalistę, podważają każde moje słowo, czasem wręcz wyśmiewają i wolą uwierzyć pani ekspert w DDTVN niż mnie. Nigdy nie ukrywam, że jest to krzywdzące, bo pokazują mi tym, że coś w co ja tak usilnie wierzę i z czym chcę związać całe swoje życie, jest głupie i bez sensu. Jednocześnie staram się zrozumieć ich zachowanie. Dalsza rodzina na spotkaniach przy kawie zawsze zapyta, jak mi idzie na studiach. Ostatnio zanim zdążyłam odpowiedzieć, usłyszałam: "Ty to się tam chyba nie napracujesz za bardzo, co? Bo co może być trudnego w jedzeniu?" Cóż... gdyby tylko wiedzieli, jak okrutnie się mylą. Nikt z nich nie ma pojęcia, ile godzin spędziłam (i nadal spędzam) z książkami do biochemii, fizjologii czy interny. Mimo rosnącej popularności usług dietetycznych i coraz głośniejszej propagandy zdrowia, społeczeństwo nie jest jeszcze w pełni świadome. I właśnie tego się bałam przed przyjęciem pierwszego pacjenta...

Bo wiecie, średnia wieku osób przychodzących do poradni, w której ja robiłam praktyki, była zdecydowanie powyżej 50. Miałam tylko jedną młodszą pacjentkę, u której zdiagnozowano cukrzycę ciążową. Im starszy pacjent, tym trudniejszy. Takie osoby mają już utarte nawyki żywieniowe i pewne utorowane myślenie. Ciężej im też wytłumaczyć zależności np. między makroskładnikami albo związek sposobu odżywiania z samopoczuciem. O tym się kiedyś kompletnie nie mówiło, więc teraz brzmi to dla nich co najmniej niedorzecznie. Bałam się, że zostanę potraktowana, jak przez członków najbliższej rodziny zwłaszcza ze względu na moją baby face, która z całą pewnością nie dodaje mi autorytetu.

Trzecia z kolei pacjentka chyba zapadnie mi w pamięci najbardziej. Była to kobieta przed sześćdziesiątką, która przez całą konsultację nawet na mnie nie spojrzała. Siedziała z naburmuszoną miną i założonymi rękami, nie odzywając się i ignorując wszystkie moje pytania. Miałam wrażenie, że słucha mnie za karę. Cóż, więc zrezygnowałam z prób nawiązania dialogu i postawiłam na formę wykładu. Za nią w kolejce na tamten moment nie było już żadnych pacjentów, więc gdy skończyłyśmy, wyszłam z gabinetu i udałam się do tego, w którym pracowały moje przełożone. Po chwili w jego drzwiach stanęła ta sama kobieta.
- Przepraszam, a ta pani dietetyk już nie przyjmuje? Bo ja chciałam jeszcze coś... - zapytała pełna przejęcia
Byłam zaskoczona.
- Pani mnie szuka, tak? - wyłoniłam się zza kozetki - Proszę, przejdziemy z powrotem do gabinetu. - zaprosiłam ją gestem dłoni
Okazało się, że wizyta u mnie uświadomiła jej, że do tej pory popełniała błąd za błędem i przez to nasilała dietą symptomy swojej choroby. Jej skwaszona mina podczas konsultacji wynikała z jej złości na samą siebie, a ja myślałam, że ziściły się moje obawy, wynikające z doświadczeń z rodziną. Nagle jej nastawienie obróciło się o 180 stopni. Prosiła mnie o jak najwięcej informacji i rad, była gotowa zmienić diametralnie wszystkie swoje nawyki i to natychmiast. Chyba nigdy nie widziałam kogoś tak zdeterminowanego! Jednak najbardziej zaskoczyła mnie jej prośba, bym została jej dietetykiem prowadzącym. To było niesamowicie miłe, ale niestety musiałam odmówić.


Przed tymi kilkoma dniami praktyki w przychodni, miałam okazję bawić się w dietetyka tylko dla swoich znajomych i rodziny. To zupełnie dwie inne bajki, porównując te doświadczenia do rozmów z kompletnie obcymi ludźmi. Ich wdzięczność i zainteresowanie to największa nagroda jaką mogłam dostać, a jeśli moje zalecenia choć trochę poprawią jakość ich życia i ulżą w chorobie, niczego więcej mi do szczęścia nie będzie trzeba. Ich zdrowie jest wszystkim.

W końcu ktoś traktował mnie poważnie i dzięki temu poczułam, że to co robię ma sens. Zawsze wiedziałam, że chcę pracować z ludźmi i dla ludzi, a po tych praktykach mam absolutną pewność, że wybrałam odpowiednią dziedzinę. Za dwa miesiące czeka mnie wybór specjalizacji. Do tej pory wahałam się między dietetyką kliniczną a sportową. Dziś już wiem, że nie chcę przez całe życie tylko (to tak w dużym uproszczeniu i z przymrużeniem oka) odchudzać ludzi.
Chcę leczyć jedzeniem.


Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

niedziela, 10 kwietnia 2016

Jak wyjść ze strefy komfortu i zmienić swoje życie?

Mówi się, że zmiany są dobre i faktycznie tak jest, ale na ogół mimo to przychodzą nam bardzo ciężko. Z psychologicznego punktu widzenia ten wewnętrzny opór jest  naszą naturalną i nieświadomą tendencją do zachowania psychicznej homeostazy (równowagi), ale i jednocześnie nieodłącznym elementem samorozwoju. Gdy ćwiczymy nowe zachowanie pojawia się tzw. dysonans poznawczo-emocjonalny, ponieważ owa nowość jest w konflikcie ze starą postawą i sprawia, że natychmiast odczuwamy, że coś nam „nie pasuje”. To jest właśnie moment, w którym najwięcej osób rezygnuje z postanowień. 

Warunkiem sukcesu jest świadomość, że wprowadzenie zmian zawsze wiąże się z wyjściem poza własną strefę komfortu. Nie będzie to łatwe, bo nasz umysł naturalnie się temu sprzeciwi, ale tak to już jest, więc grunt to znaleźć sposób na to, by go przechytrzyć. Jedno jest pewne - jeśli chcesz uzyskać efekt, musisz nad sobą pracować i... uzbroić się w żelazną wytrwałość.

czwartek, 24 marca 2016

22 fakty o mnie na 22 urodziny


Trochę to jeszcze do mnie nie dociera. I nie chodzi o to, że kolejny rok mojego życia przeleciał mi tak szybko jak jeden dzień, a raczej o to, że to pierwsze od kilku lat urodziny, które spędzam z uśmiechem na ustach i optymistycznie patrząc w przyszłość... Nie wiem, po prostu nigdy nie lubiłam uczucia przemijania.
Dziś czuję po prostu wdzięczność.

wtorek, 22 marca 2016

Ciekawostki dietetyczne #1. Jak przedłużyć pobudzające działanie kawy (kofeiny)?

Metabolizm kofeiny odbywa się w wątrobie przy udziale jednego z cytochromów P450. Białka te są katalizatorami (przyśpieszają reakcję) biotransformacji wielu substancji takich jak kwasy tłuszczowe, witaminy czy niektóre leki. Cytochromy znajdują się głównie w błonie siateczki endoplazmatycznej hepatocytów (komórek wątroby) oraz na powierzchni błony śluzowej ściany jelita, ale to tak tylko na marginesie.

Wiele osób zażywa swoje leki przy śniadaniu, popijając najczęściej herbatą lub popularnym sokiem z cytrusów. Jak się okazuje, jest to spory błąd, który może doprowadzić nawet do tragicznych skutków. Herbatę zostawmy na dalszym planie i zajmijmy się teraz tylko sokiem - szczególnie niebezpieczny jest sok z grejpfruta, ponieważ jest bogatym źródłem furanokumaryny, która wchodzi w interakcje z wyżej wspomnianym cytochromem P450 na zasadzie inhibicji - hamuje jego działanie. W związku z czym metabolizm danego leku nie może przebiegać sprawnie, więc jego stężenie we krwi staje się z czasem coraz wyższe. To prawie tak samo, jakbyśmy przedawkowali zażywając kilka tabletek na raz, a chyba nikt nie ma wątpliwości, jak mogłoby się to skończyć... Ale spokojnie! To tylko najgorszy z możliwych scenariuszów.

Skoro metabolizm kofeiny również odbywa się przy udziale tego cytochromu, można to wykorzystać. Wystarczy, że przekąsimy grejpfruta, popijając kawą. Metabolizm kofeiny będzie wówczas zahamowany, a więc i jej działanie przedłużone. Oczywiście, na takie eksperymenty można pozwolić sobie jedynie, jeśli nic nam nie dolega, ani nie zażywamy żadnych leków, by nie spowodować innych interakcji! Ważne jest też, by nie zwiększać dawki kofeiny, czyli kolejna kawa ani energetyk w ciągu następnych 5h nie wchodzą w rachubę, bo to podwyższyć jej stężenie we krwi, co może być już dla nas toksyczne. Trzeba zachować umiar i zdrowy rozsądek.

O tym patencie dowiedziałam się na zajęciach z farmakologii od jednej z wykładowczyń. Podobno studenci farmacji czy kierunków medycznych korzystają z tej zależności nad wyraz często ;) Mnie również zdarzyło się przetestować to na sobie, kiedy nawarstwiło mi się więcej obowiązków zawodowych z sesją i powiem wam, że to rzeczywiście działa. 

Z całą pewnością zauważyliście też, że na część z nas kofeina w ogóle nie działa, a jednocześnie zdarzają się też takie osoby, które czują się pobudzone już po niewielkiej dawce. To dlatego, że różnimy się między sobą czynnikami genetycznymi. Osoby, które są nosicielami dominującego allela CYP1A2*1A metabolizują kofeinę szybciej, natomiast posiadacze allela CYP1A2*1F – wolniej.

Jako rozwinięcie tematu i potwierdzenie w naukowych artykułach, podrzucam poniższe publikacje:

Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

PS. Dajcie znać czy macie ochotę na więcej tego typu wpisów
PS2. ...i pamiętajcie, że wszystko robicie na własną odpowiedzialność :)

piątek, 18 marca 2016

DIETA | Najczęściej powtarzane mity

Ziemniaki, banany i pieczywo tuczą
Nie istnieją produkty, które same w sobie tuczą. To nie jest tak, że porcja ziemniaków do obiadu lub potreningowy banan zaprzepaszczą starania o lepszą sylwetkę. Tkanka tłuszczowa odkłada się w momencie, gdy przyjmujemy więcej kalorii niż spalamy, więc w teorii możemy jeść nawet samą sałatę, ale jeśli będzie jej tak dużo, że przebijemy własne zapotrzebowanie kaloryczne, możemy zauważyć to na wadze. W praktyce, oczywiście, byłoby to na tym przykładzie bardzo ciężko uzyskać. Fakt, te produkty mają w sobie sporo węglowodanów, ale to całkowicie inna kwestia. Nawet redukując kilogramy nie musimy być więźniem sztywnego jadłospisu. Najważniejszy jest umiar. 

Woda przyśpiesza odchudzanie
Woda, która rzekomo przyśpiesza metabolizm to z jednej strony mit, ale z drugiej... równocześnie prawda. Jak to wytłumaczyć? Sęk tkwi w tym, że woda po pierwsze usuwa produkty toksyczne i zbędne, po drugie jest środkiem transportu po organizmie dla wszystkich związków, a po trzecie bierze udział w przemianie materii jako katalizator lub substrat, dlatego jeśli dbamy o odpowiednie nawodnienie, zarówno katabolizm (rekcje rozpadu), jak i anabolizm (reakcje syntezy) mogą zachodzić sprawnie. Ale czy szybciej? Człowiek po prostu potrzebuje wody bez względu na swoje dietetyczne cele. Poza tym, im więcej pijemy, tym rzadziej odczuwamy głód, ponieważ woda wypełnia żołądek i dzięki temu trochę oszukujemy samych siebie :) Ot, cały fenomen. Mit powstał też w związku z tym, że często osoby, które zaczynają dbać o dietę lub starają się o spadki na wadze, zamieniają napoje słodzone właśnie na wodę, dzięki czemu przyjmują mniej kalorii i cukru, co powoduje lepsze efekty.

Ostatni posiłek do godziny 18
Jest to mit, który denerwuje mnie najbardziej ze wszystkich. Brak kolacji nie ma absolutnie żadnego wpływu na tempo zrzucania zbędnych kilogramów, oprócz tego, że po prostu nie jedząc jej, automatycznie ucinamy pewną ilość kalorii z dziennego bilansu. Osobiście uważam, że takie męczenie się z głodem przez kolejne godziny aż do czasu, gdy położymy się spać, jest niepotrzebnym utrudnianiem sobie życia. Ostatni posiłek należy zjeść na około 2h przed snem, a co do tego z jakich produktów powinien się składać, są dwie szkoły - jedni twierdzą, że warto jeść węglowodany, ponieważ uspokajają, natomiast drudzy (i ja do nich należę) są zwolennikami raczej białkowo-tłuszczowych kolacji ze względu na nocne procesy regeneracji, które należy wspomóc poprzez dostarczenie odpowiednich makroskładników. 

Cukier ogranicz do zera
Cukry proste zawarte w słodyczach z całą pewnością nie pomagają w uporaniu się z nadwagą. Natomiast jeśli do tej pory było ich w naszej diecie dosyć sporo, będzie nam ciężko tak nagle je wykluczyć. Dwa dni będziemy dzielnie walczyć, a na trzeci rzucimy się na paczkę ciastek i po co? Cukier jest jedną z najbardziej uzależniających substancji, dlatego warto zacząć od małych kroków i stopniowego ograniczania, połączonego ze stosowaniem zamienników (np. suszone owoce) i przerzuceniem się na domowe wyroby (z dwojga złego lepiej w tą stronę :). Jest wiele źródeł, które podają, że na dietach redukcyjnych spożywanie jakichkolwiek cukrów prostych jest zabronione, ale ja uważam, że nie ma sensu popadać w paranoje. Należy odstawić sklepowe słodycze - to na pewno, ponieważ oprócz dużych ilości węglowodanów prostych, zawierają też tłuszcze trans. Natomiast owoce czy miód w odpowiednich ilościach mimo wszystko powinny znajdować się w naszych jadłospisach.

Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

wtorek, 1 marca 2016

Efekt zdania wyrwanego z kontekstu, czyli o tym skąd się biorą mity żywieniowe


Moja rodzina zawsze mi powtarza, że będę dziwnym dietetykiem, skoro nie zgadzam się ze sporą częścią zaleceń i informacji o zdrowym odżywianiu, które od lat krążą w społeczeństwie. Cóż, a ja śmiało twierdzę, że zamiast dziwactwa jest to raczej objaw świadomości i posiadania własnego zdania.

niedziela, 28 lutego 2016

Przepis na słodką przekąskę - chlebek bananowy z żurawiną i suszonymi śliwkami

Chodził mi po głowie już od dawna! Tyle o nim słyszałam...
Chlebek bananowy z żurawiną i suszonymi śliwkami


Zdradzę wam coś! Nie wiem, czy wiecie, ale marny ze mnie piekarz. Mogę gotować, ale wypieki nigdy nie były moją mocną stroną, dlatego postanowiłam to w końcu zmienić! Wzięłam najprostszy przepis, jaki znalazłam w internecie i zmodyfikowałam go według własnego uznania. Pierwszy krokiem było zmniejszenie ilości cukru o ponad połowę, bo przecież banany są już słodkie same w sobie, a poza tym co za dużo to niezdrowo, prawda? Mimo to chlebek wyszedł tak bajecznie słodziutki, że następnym razem dodam cukru jeszcze mniej!

niedziela, 17 stycznia 2016

Mój dziennik treningowy. Jak i dlaczego go prowadzę

Wynalazek, jakim jest dziennik treningowy, nie jest mi obcy. Od lat prowadzę zeszyty, które nazywałam w ten sposób, ale dopiero niedawno odkryłam, że żaden z nich w rzeczywistości nigdy nie był prawdziwym dziennikiem. Ok, poprawka - nigdy nie był dziennikiem, który spełniałby swoje najważniejsze funkcje.

Bo tak w zasadzie to...
po co nam coś takiego jak dziennik treningowy? 


Trenujemy w określony sposób, ponieważ chcemy uzyskać konkretny efekt. Oczywiście, niektórzy poświęcają czas na aktywność fizyczną tylko i wyłącznie dla rekreacji i nie ma w tym absolutnie nic złego, jednak takie osoby to całkowicie odrębna grupa, do której od dawna się nie zaliczam, więc zostawię ją z boku. Skoro mamy w głowie mniej lub bardziej sprecyzowany cel, nie wystarczy robić cokolwiek i byle jak, bo rezultat jaki uzyskamy też będzie byle jaki, a nie o to nam przecież chodzi. W związku z tym musimy działać według odpowiedniego planu i tu kryje się pierwszy powód, dla którego dziennik treningowy to niezbędna rzecz, bo jak bez niego kontrolować czy z danego planu się wywiązujemy? I gdzie ten plan w ogóle zapisać, by wiedzieć co robić? A no, w dzienniku.

czwartek, 14 stycznia 2016

GYM stories #1. Szalona nastolatka

Miałam na sobie zwykłe, spodnie dresowe i pierwszą-lepszą bokserkę, a przed wyjściem z szatni niedbale związałam włosy. Trzymając w dłoniach butelkę wody i ręcznik, z nieco znudzonym wyrazem twarzy skierowałam się w stronę wolnej bieżni. Byłam zmęczona, bo przyjechałam na siłownię od razu po pracy. Na maszynach zaraz przy tej, którą ja wybrałam, ćwiczyły dwie młode dziewczyny - na oko szesnastki. Spojrzałam na nie, lekko się uśmiechnęłam, po czym skinęłam głową na powitanie. W odpowiedzi niestety otrzymałam tylko ich wysoko wędrujące nosy. Obydwie zmierzyły mnie z góry do dołu i z dołu do góry, parsknęły i wróciły do ploteczek podczas maszerowania z tempem 5km/h. Pomyślałam ok, może nie jestem godna żadnego ciepłego gestu od dwóch gimnazjalistek w markowych ciuchach i toną makijażu na twarzy. Wywróciłam oczami, śmiejąc się z tej sytuacji i zabrałam się za trening. W planach miałam porządny bieg interwałowy, bo był to mój dzień cardio. 

Po chwili z męskiej szatni wyszedł chłopak, którego kojarzyłam z wcześniejszych treningów. Pamiętam, że zawsze robił na mnie oszałamiające wrażenie, bo wiekiem pewnie nie odstawał od tych dziewczyn z bieżni obok, a mimo to miał sylwetkę lepszą od niejednego zawodnika ze sceny men's physique. Ponadto zawsze trenował w tak zaawansowany sposób, że po prostu kopara mi opadała. Niesamowita siła i wytrzymałość mięśni! Widać, że jest wielkim fanem kalisteniki. Kiedy zaczął rozgrzewać się na bieżni w tym samym szeregu, co ja i dziewczyny, jedna z nich wydała z siebie bliżej nieokreślony pisk (zachwytu?) i rozpuściła swój długi, blond warkocz, chichocząc, bawiąc się i zarzucając na wszystkie strony kosmyki włosów jeszcze przez dłuższą chwilę. Jej koleżanka patrzyła na nią, jakby chciała jej powiedzieć co ty dziewczyno wyprawiasz, ale w rzeczywistości nie odezwała się ani słowem. Ja sama nie wierzyłam własnym oczom. Jak nietrudno się domyślić, chłopak będący jej celem, kompletnie nie zwrócił na nią uwagi. Pobiegał przez dziesięć minut, a potem standardowo udał się pod klatkę do crossfitu, gdzie zwykle trenuje. 

Na przeciwko bieżni, po której biegałam, stoją maszyny typu ginekolog - wersja na przywodziciele i druga na odwodziciele. Bohaterki tej historii postanowiły, że wykonają na nich kilka serii łączonych. Nie jestem pewna, czy do końca wiedziały na co się porywają. Akurat te mięśnie są bardzo podatne na kontuzje, a biorąc pod uwagę okoliczności: a. nie wyglądały na osoby doświadczone, więc w teorii superserie nie są dla nich najlepszym wyborem, b. maszyny bardzo izolują, a to równa się jeszcze większemu ryzyku, mogły łatwo zrobić sobie krzywdę chociażby źle dobierając obciążenie. Stwierdziłam jednak, że nie będę się odzywać, bo przecież nie ja jestem trenerem na tej siłowni i tak naprawdę nic mi do tego, jak kto trenuje. Starałam się nawet za bardzo na nie nie patrzeć, ale było to niezwykle trudne, bo trenowały dokładnie na wprost mnie. Zanim zasiadły do pierwszej serii, dziewczyna od rozpuszczonego warkocza, spojrzała na mnie z zuchwałym wyrazem twarzy, podciągnęła leginsy i uniosła wysoko nogę, próbując okraczyć całe siedzisko. Oczywiście, przez cały ten czas nie spuszczając ze mnie oczu. Zastanawiałam się, o co jej chodzi. Kiedy jakimś cudem udało jej się objąć nogami, rozstawione na maxa skrzydła, ponownie odwróciła się do mnie i dumna z siebie, zagryzając wargę, puściła mi oko. Nie no serio... teraz to mnie próbowała uwieść, czy jak? Zaczęłam czuć się nieswojo. Na całe szczęście mój trening już dobiegał końca...


Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

sobota, 9 stycznia 2016

Czy wiesz, czym różni się motywacja od dyscypliny? I dlaczego potrzebujesz ich obu?

Postanowienia noworoczne są moją małą tradycją od czasów gimnazjalnych. Każdy pretekst do zmian jest dobry, ale nowy rok to szczególna okazja i właśnie ja zawsze tak to postrzegałam. Na początku tworzyłam długie listy, składające się z około 20 punktów. Im stawałam się starsza, tym ich ilość się zmniejszała. Przyznaję się - były takie lata, w których z powodzeniem mogłam wypisać sobie na czole "członek drużyny słomianego zapału", jednak w 2014 roku nareszcie zrozumiałam, co wówczas robiłam źle, że na samych chęciach się kończyło i od tamtej pory moje postanowienia przybrały raczej formę celów do zrealizowania niż luźnych życzeń typu "będę milsza dla znajomych" czy "będę częściej chodzić do teatru".

Pssst, sekretem jest metoda S.M.A.R.T. ale odsyłam do wujka Google, bo to nie o niej jest ten wpis.

Zwykle kiedy poruszę temat postanowień, spotykam się z komentarzami, że są bez sensu, bo i tak nikt się z nich nie wywiązuje i nim minie chociażby luty, mało kto o nich w ogóle pamięta. "Zabrakło mi motywacji" wielokrotnie ktoś się przede mną tłumaczył, mimo że wcale tego nie oczekiwałam. Cóż, w przeszłości sama się często tak przed sobą tłumaczyłam, nie mając pojęcia, że tak naprawdę to nie ta biedna motywacja (a raczej jej brak), której wszyscy ciągle tak uporczywie szukamy, jest tu winna.

Wiecie, czym jest motywacja? To świadomość następstw swoich czynów; to jest ten impuls, który popycha nas do działania, kiedy nagle świetny pomysł wpada nam do głowy. Ale niedługo po tym przychodzi moment, gdy emocje opadają i... motywacja słabnie. To zupełnie normalne.

Dużo mówi się o wizualizacji celu jako o jednym z najlepszych sposobów na jej utrzymanie i wzmocnienie. Ja stawiam na schematy podobne do poniższego przykładu.
Ten pewnego rodzaju ciąg przyczynowo-skutkowy, przypomina mi dlaczego chcę dany cel osiągnąć, a więc o tym, co jest moją motywacją. To już połowa sukcesu, ale to niestety nie wystarczy.

Realizacja celów wiąże się z pracą lub/i wyrzeczeniami. Rzadko cokolwiek przychodzi do nas łatwą ręką, a już tym bardziej nie to co jest warte posiadania. Najpierw musimy dać coś od siebie, by uzyskać pożądany efekt. To jasne i logiczne. Zwykle nie podejmujemy się tego z entuzjazmem (choć bywa i tak). Wiecie, jak to jest... czasem lenistwo, czasem strach przed wyjściem poza własną strefę komfortu. I to jest właśnie chwila, w której dyscyplina powinna wystąpić przed szereg.

Popularny słownik języka polskiego, 2007, wydawnictwo Wilga
W 2013 roku pisałam o zasadach szczęśliwego człowieka, które jednocześnie są tymi, którymi ja kieruję się na co dzień. Pierwsza z nich brzmi: rób to, co musi być zrobione nawet, jeśli nie masz na to ochoty. Tak naprawdę nieważne, jak bardzo chcę zrealizować dany cel i jak wielką mam motywację, bo jeśli nie będę konsekwentna i zdyscyplinowana w pokonywaniu kolejnych zadań, które mnie do niego przybliżają, nigdy go nie osiągnę. Ile razy zdarzyło się wam usłyszeć lub nawet samemu powiedzieć coś w stylu "bardzo chcę poprawić sylwetkę do lata, bo czeka mnie wyjazd nad morze"? To jest właśnie motywacja! Ale i tak pomimo jej obecności tylko garstka ludzi faktycznie uzyskuje widoczne efekty. Dlaczego? Bo oprócz motywacją mogli pochwalić się również dyscypliną, która nie pozwoliła na to, by stali się zmienni jak chorągiewka na wietrze i podatni na własne słabości.

Codziennie stajemy przed wyborami. Wahamy się pomiędzy tym, czego chcemy w TYM MOMENCIE, a tym czego chcemy W DALSZEJ PERSPEKTYWIE. Prawdziwą siłą jest zwyciężyć z chwilową pokusą, a jest to cholernie trudne. Motywacja niestety nam w tym nie pomoże. Ok, no może w niewielkim stopniu. Jestem jednak zdania, że w tym miejscu główną rolę odgrywa właśnie dyscyplina.
Podsumowując,
motywacja jest tym, co pozwala ruszyć z miejsca i jest niezwykle ważnym czynnikiem, ale to tylko impuls, który się pojawia i znika. Warto ją pielęgnować, jednak należy pamiętać, że prawdziwa potęga i sekret sukcesu to dyscyplina, która pomaga nam między innymi odróżnić chwilowe, mało znaczące zachcianki od tego, czego naprawdę chcemy i wytrwać przy tym.

Dyscyplina to wiedzieć, czego się chce i dążyć do tego pomimo napotykanych trudności.
*** 

Na 2015 rok moim głównym postanowieniem było uzyskanie stypendium za wyniki w nauce. Udało się i to uczucie, gdy dostałam oficjalne pismo z decyzją z dziekanatu, było niesamowite, bo naprawdę wiele mnie to kosztowało wyrzeczeń i czasu z nosem w książkach. Wiele razy miałam ochotę po prostu odpuścić. Bywało też tak, że pytałam samą siebie, po co ja to w zasadzie robię - to były te momenty, gdy motywacja mnie opuszczała, ale ratowała mnie wtedy dyscyplina. Ze zgrzytaniem w zębach uczyłam się zawzięcie rzeczy, których ode mnie wymagano, a niekoniecznie wydawało mi się, że były dla mnie, jako przyszłego dietetyka, istotne. Denerwowało mnie to, ale ostatecznie... było warto. I to nie tylko ze względu na uzyskane stypendium. Po prostu wiem teraz więcej i mimo wszystko jestem przekonana, że kiedyś zwróci mi się do z nawiązką.

Na tym przykładzie nauczyłam się też, że jedno DUŻE postanowienie (tzn. takie o ogromnej wartości) jest lepsze niż kilka mniej znaczących. Kiedyś byłam zwolenniczką "małych rzeczy" (bo wiecie, podobno to w nich jest zapisany wzór na szczęście, jak śpiewała Sylwia Grzeszczak), ale doszłam niedawno do wniosku, że w moim przypadku chyba przestało zdawać to egzamin.

Lubię rzucać się na głęboką wodę. Lubię wyznaczać sobie cel i jednocześnie myśleć "cholera, co mi strzeliło do łba". Lubię bać się, że jego realizacja może mnie przerosnąć, bo to mnie właśnie determinuje - jeśli cel mnie przeraża, wiem, że droga do niego pozwoli mi się rozwinąć, a przecież o to chodzi.
I tak właśnie jest z moimi noworocznymi postanowieniami ;)


Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...