niedziela, 27 grudnia 2015

Nie waż się dziś ważyć

Sezon na "święta, święta i po świętach" otwarty. Minęły jak zwykle szybko, ale ja osobiście nie patrzę tęskno za siebie. Gdyby istniał jeszcze jeden dzień świąteczny, z całą pewnością byłby tym ponad miarę. Jestem ogromnie ciekawa, jak wy spędziliście Gwiazdkę, bo z moim obserwacji wynika, że internetowa fitspołeczność utworzyła dwa obozy - blogosfera postanowiła wrzucić na luz, natomiast instagram i facebook zafundowały sobie święta na sportowo, więc chwalcie się czym prędzej, jak wygląda to u was. Jeśli o mnie chodzi, nie należę do ani jednej, ani drugiej grupy. U mnie stan rzeczywisty leżał gdzieś pośrodku. 

W wigilię cała familia ustawiła się w kolejce do wagi. Każdy postanowił sprawdzić, z jakim kapitałem rozpoczyna czas świąteczny. To już chyba trochę taka mała tradycja w moim domu, której ja jak zwykle przyglądałam się z boku, kiwając głową z politowaniem. Dzisiejszego ranka ta sama kolejka ustawiła się ponownie. Niestety nie zdążyłam ich przestrzec...


Układ pokarmowy to nie Formuła 1 i sporo pochłoniętych smakołyków ciągle zalega jeszcze w jelitach. Soli i innych przypraw na pewno nie szczędzili, a one przecież zatrzymują wodę w organizmie. Poza tym jak już o wodzie mowa, kto by tam pamiętał, by wypijać jej odpowiednią ilość! W końcu były święta! Na stole nie brakowało też ciast i ciasteczek, po które żadna ręką się nie zawahała. Tyle węglowodanów w nadmiarze na pewno gdzieś musiało się zmagazynować, a razem z nimi - związana woda.

Ze względu na to wchodzenie dziś na wagę i zamartwianie się liczbą, która się na niej pojawi, nie ma najmniejszego sensu. To tylko stan przejściowy. Spokojnie, do Sylwestra na pewno wszystko się unormuje ;)

Inne wpisy warte uwagi:

Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com


PS. Mimo że się przy stole nie ograniczałam, ale jednocześnie nie szalałam też za bardzo, przyznam się wam szczerze, że i mnie pokaźnie podlało wodą :P

piątek, 18 grudnia 2015

Więcej nie zawsze znaczy lepiej, czyli trening to też stres

Był taki czas, że nie mogłam obejść się bez co najmniej godzinnej aktywności fizycznej dziennie. Miałam wtedy 18 lat i... poważne uzależnienie od endorfin. Cały schemat dnia podporządkowywałam pod trening, a gdy już zaczynałam ćwiczyć, nie mogłam przestać. Zwykle takim momentem stop była dopiero chwila, w której robiło mi się po prostu słabo, ale wówczas nie postrzegałam tego, jako coś złego. Myślałam, że to właśnie znaczy dawać z siebie 100%. Wszystko relacjonowałam tutaj w blogosferze. Moi czytelnicy podziwiali mnie za wytrwałość i pewnego rodzaju waleczność. Sądziłam wtedy, że mam świetną kondycję, a szczupłe ciało było wielkim bonusem, który miał tylko potwierdzać, że faktycznie żyję zdrowo i robię dla siebie coś dobrego. Dziś już wiem, jak bardzo się myliłam.

Co prawda, nie byłam wychudzona, a moje BMI ciągle oscylowało wokół dolnej granicy normy, ale ciało miało kompletnie zaburzone proporcje - umięśnione, bryłowate łydki i odstający tyłek w połączeniu z talią momentami odsłaniającą żebra i wątłymi ramionami wyglądały dosyć groteskowo. Na domiar złego w początkowym etapie byłam typem skinny fat, czyli mimo rozmiaru S, nie mogłam pochwalić się ładnie wyrzeźbioną sylwetką, ponieważ procent bodyfat był u mnie ciągle relatywnie wysoki, a potem zaczęłam... tyć, mimo braku zmian w diecie. Z rozmiaru S zrobił się M/L, więc ćwiczyłam jeszcze więcej, co tylko nasilało dalsze przybieranie na wadze.



Abstrahując od wyglądu, byłam przekonana, że moja kondycja jest co najmniej ponadprzeciętna, bo przecież nie każdy jest zdolny do ponad dwugodzinnych, intensywnych treningów dziennie. Kiedy teraz się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że albo miałam klapki na oczach albo zbyt wysokie mniemanie o sobie, bo prawda jest taka, że nie byłam w stanie przebiec nawet 3 kilometrów bez zadyszki, skutkującej przerwą na marsz czy zrobić 20 pompek ciągiem (tego drugiego nadal nie potrafię, ale cii), więc jak można mówić tu o dobrej kondycji?

Wszystkie moje treningi miały ten sam interwałowy schemat. Lubiłam to. Nazywałam to metodą Grey i polecałam wszystkim dookoła. Gdzieś w archiwum powinien być jeszcze dostępny wpis z opisem struktury mojego typowego treningu z tamtych czasów. Od razu zaznaczam, że odrobinę zmądrzałam i teraz nie jestem już z niego taka dumna. Wychodzę jednak z założenia, że człowiek uczy się na błędach, więc nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Pamiętam, że jeśli nie czułam, że brakuje mi tchu, zaczynałam się nudzić, a endorfiny nie działały. To był chyba najsilniejszy objaw uzależnienia. Miałam taką zasadę, że muszę poczuć każdą część mojego ciała, bo inaczej trening nie będzie się liczył. Myślę, że mogę to porównać do obsesji lub nerwicy natręctw. Dopiero teraz mam odwagę nazwać to po imieniu.

Ale jak wytłumaczyć fakt, że trenowałam codziennie tak ciężko, a mimo to miałam słabą wydolność? Niestety nie mam takiej wiedzy, bo na dietetyce nas tego nie uczą, więc nie będę wypisywać głupot, ale podejrzewam, że może mieć to związek z faktem, że każdy trening to pewnego rodzaju stres dla organizmu. Nie dbałam o regeneracje, niewiele wiedziałam o zjawisku zwanym przetrenowaniem i tak naprawdę nie miałam pojęcia o jakiejkolwiek metodyce treningowej. Ostatnio starałam się zgłębić temat i zaczęłam szukać, co na ten temat sądzą znani trenerzy/sportowcy, których do tej pory obserwowałam. Wszyscy jak jeden mąż grzmią, że więcej nie zawsze znaczy lepiej.

Dowiedziałam się, że to jest trochę jak z dietą. Jeśli będziemy jeść zbyt mało, organizm nie będzie spalał zapasów tłuszczu, wręcz przeciwnie - zmagazynuje jeszcze większą ilość w obawie przed głodem. Podobnie jeśli będziemy trenować zbyt dużo (lub kompletnie bez sensu i nie przemyślanie), układ nerwowy będzie przeciążony, hormony zaczną nam szaleć i tym samym zrobimy sobie więcej krzywdy niż pożytku. Wówczas o żadnej hipertrofii mięśni czy zwiększaniu produktywności w wykorzystywaniu tlenu przez tkanki nie ma mowy.

Niestety często spotykam się z tym problemem wśród znajomych, którzy przychodzą do mnie po rady przy okazji konsultacji dietetycznych. Ludzie zupełnie tak jak ja w przeszłości uważają, że by uzyskać szybciej efekty, należy też częściej trenować, co oczywiście nie jest prawdą. Umiar sprawdza się zarówno przy układaniu jadłospisów, jak i planów treningowych.

Kiedy zredukowałam ilość swoich treningów z 5-6 tygodniowo do 3, rezultat był zaskakujący. Z dnia na dzień mogłam zaobserwować jak rośnie moja sprawność. Liczby nie kłamią. Jakby tego było, mimo że nic nie zmieniłam w diecie, w 3 miesiące zrzuciłam w sumie około 4-5 kg, dzięki czemu definicja mięśni stała się bardziej widoczna. I jestem w siódmym niebie. W ten sposób pokonałam stagnację, która dokuczała mi od kilku- kilkunastu miesięcy.

Aktualnie
Od miesiąca sumiennie prowadzę dziennik treningowy i przy jego pomocy szlifuję formę. Wygląda on zdecydowanie inaczej niż wszystkie te, które zdarzyło mi się mieć do tej pory. Skupiam się na tym, co naprawdę ważne. Myślę, że dopiero teraz zrozumiałam, jakie jest jego prawdziwe zastosowanie. Wcześniej był dla mnie tylko motywacją do utrzymania systematyczności treningów i ewentualnego dbania o ich różnorodność. Jeśli jesteście ze mną od dłuższego czasu, na pewno kojarzycie, że nigdy nie byłam jedną z tych, które lubią mieć jasno rozpisane co i kiedy ćwiczyć. Wolałam założyć sportowe buty i po prostu robić to, na co mam aktualnie ochotę. Teraz wiem, że nie miało to najmniejszego sensu, bo w ten sposób nie byłam w stanie kontrolować pracy jaką wykonują moje mięśnie, więc tym samym zamykałam sobie drogę do rozwoju, a jeśli takowy się przydarzał to tylko i wyłącznie z przypadku.

Podsumowując, jeśli nie widzicie u siebie efektów, mimo że dajecie z siebie 100% zarówno na treningu jak i w kuchni, może po prostu za wiele od siebie wymagacie? Czasem warto zwolnić tempa.


Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

piątek, 11 grudnia 2015

Dlaczego (nie) lubię jeść z lunchboxów

Uwielbiam lunchboxy! I staram się zarazić tą sympatią każdego dookoła. Uważam, że są świetną alternatywą dla nudnych kanapek i jednocześnie najprostszym sposobem, by zjeść pełnowartościowy posiłek poza domem. Jest to idealna opcja dla tych, którzy dokładnie pilnują swojego rozkładu BTW i czystej michy. Jednak nie wszyscy podzielają moje zdanie. Są też tacy, którzy chętnie zamieniliby kupowane w biegu fast/junk foody na wcześniej przygotowane własnoręcznie dania, ale jednak coś ich powstrzymuje. Byłam kiedyś jedną z nich.

"Nie mam czasu na przygotowywanie lunchboxów"
mówiłam bardzo często. Teraz swoje pudełkowe posiłki przyrządzam w max. 30 minut. Jeśli mam do zrobienia tylko jeden lunchbox zwykle nie przekracza to 15 minut, bo najczęściej są to dania bardzo proste, a pożywne. Źródło białka + źródło tłuszczy + źródło węglowodanów złożonych, do tego warzywa i gotowe. Zwykle im danie bardziej skomplikowane (czasochłonne), tym gorzej smakuje na zimno.

Przy okazji zapraszam do wpisu z krótkim poradnikiem: JAK KOMPONOWAĆ POSIŁKI.


"Nie lubię jeść z pudełek"
twierdziłam uparcie, gdy poprzednia wymówka przestała mieć wystarczającą siłę. Posiłki na wynos jedzone są zazwyczaj na zimno (rzadko mamy dostęp do mikrofalówki, żeby je po prostu odgrzać), więc rozwiązanie problemu leżało w odpowiednim dobrze składników, bo nie wszystko nadaje się do zamknięcia w pudełku. Jest mnóstwo przepisów na dania stricte do lunchboxów, które smakują obłędnie bez względu na ich temperaturę. Przeszkadzało mi również to, że pudełka niejednokrotnie przesiąkają zapachem poprzednich posiłków mimo, że są dokładnie myte. Mimo całej mojej sympatii do tych silikonowych, składanych lunchboxów od Jana Niezbędnego, muszę przytoczyć je tu jako sztandarowy przykład tych, które nie pozwalają zapomnieć o tym, co przechowywały poprzednim razem. Ale na to też jest sposób - wystarczy porządnie je wyparzyć. 

"Ludzie dziwnie reagują, gdy jem posiłek z lunchboxa"
było moją ulubioną wymówką, która została ze mną najdłużej ze wszystkich. Typowe. Najpierw gapili się na mnie jak opętani, a przecież nie robiłam nic złego. Gdy przestałam zwracać na to uwagę, ci sami ludzie zaczęli pytać o inspiracje na pudełkowe dania.

Za czasów liceum do pudełek pakowałam co najwyżej sałatkę albo kanapkę z owocem, a dzieciaki i tak mierzyły mnie wzrokiem jak jakieś mistyczne stworzenie. Fakt faktem, moda na lunchboxy nie była wtedy jeszcze aż tak rozwinięta. Kiedy zaczęłam pracę, niejednokrotnie współpracownicy marszcząc czoło, zaglądali mi przez ramię, pytając co ciekawego przygotowałam tym razem. Nie wiem, dlaczego ale przez długi okres czasu, byli przekonani, że jem z pudełek, bo się odchudzam. Na szczęście to już minęło, a teraz w naszym pomieszczeniu socjalnym codziennie stoi przynajmniej kilka lunchboxów z pysznie wyglądającymi obiadami. Nie twierdzę, że to ja byłam ich inspiracją. To raczej kwestia promocji zdrowia, która rozwija się coraz prężniej. Niemniej, z punktu widzenia przyszłego dietetyka, miło się na to patrzy. Tak naprawdę dopiero gdy poszłam na studia, trafiłam do miejsca, gdzie lunchbox od początku był czymś zupełnie naturalnym i powszechnie spotykanym, ale jestem świadoma tego, że z racji mojego kierunku to akurat nic nadzwyczajnego.

"To jest niewygodne i niepraktyczne"
no tak, bo przecież ciężko zjeść posiłek z lunchboxa w biegu, a poza tym opróżniony zostaje z nami i zabiera cenne miejsce w torebce czy plecaku. Na szczęście wymyślili te genialne, składane silikony, o których wspomniałam wcześniej, dzięki czemu kolejna wymówka przeszła do historii.


Cóż, wygląda na to, że zostałam bez słowa i nie do końca wiem, czy to ja pokonałam swoje wymówki, czy to one pokonały mnie. Jedno jest pewne: lunchboxy stały się moim małym uzależnieniem. Serio! Powoli nie mam już miejsca w szafkach na przechowywanie ciągle powiększającej się kolekcji... ;)

Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

środa, 9 grudnia 2015

Aktualna forma i plany treningowe na najbliższy czas (grudzień 2015)

Tegoroczny grudzień to dla mnie miesiąc oficjalnego powrotu na siłownię, co oznacza, że domowy trening siłowy z przewodniego staje się tylko uzupełniającym. Czas najwyższy popracować też nad tempem przemiany materii, by święta nie pozostawiły po sobie pamiątek innych niż miłe wspomnienia z rodzinnych chwil, dlatego w moim planie treningowym ważnym punktem stały się również interwały.

A poza nimi nie mam żadnych sprecyzowanych wytycznych, których zamierzam się trzymać. No może oprócz tego, że chcę bywać na siłowni 3-4 razy na tydzień, ale nie częściej, bo co za dużo to niezdrowo. Postanowiłam też, że nie potrzebuję dokładnej rozpiski konkretnych ćwiczeń przypadających na jeden trening, bo to tylko rodzi frustrację, gdy akurat np. maszyna której potrzebuję w danym momencie jest zajęta. I tak trenuję w systemie FBW, więc wystarczy, że będę pilnować objętości treningowej (by mięśnie nie wykonywały mniejszej pracy niż poprzednim razem), a progres przyjdzie. 


Na pewno wiele razy usłyszeliście ode mnie, że nie warto ważyć się w celu sprawdzania swoich postępów sylwetkowych i nadal to podtrzymuję. Dla dociekliwych podrzucam link do wpisu, w którym rozwinęłam temat nieco bardziej: "Skok wagi z dnia na dzień?" lub ewentualnie jako uzupełnienie polecam również wpis: "Ile waży wysportowana dziewczyna". Jeśli o mnie chodzi, przyznam szczerze, że od jakiegoś czasu posiłkuję się już tylko tym, co widzę w lustrze. Przestałam się nawet mierzyć, bo straciło to dla mnie jakąkolwiek wartość. Uważam, że nie ma znaczenia, ile centymetrów mam w udzie czy biodrach, bo to co liczy się naprawdę to definicja mięśni i ogólne proporcje. 

Wbrew pozorom nie mam obsesji na punkcie swojego tyłka jak spora część trenujących (z Chodakowską, ale ciii) dziewczyn, które za wszelką cenę chcą upodobnić się do Jen Selter i być tymi, o których można mówić yeah, she squats, bro. Ja jestem trochę bardziej jak ci mięśniacy, którzy między jedną serią a drugą podziwiają w lustrze swoje bicepsy. Zdecydowanie wolę skupiać się na barkach, tricepsach i plecach. To moje absolutnie ulubione partie.

Poniżej przygotowałam małe zestawienie. Ot tak, dla własnej motywacji. Zmiany nie są duże, ale na tyle dla mnie widoczne, by być z nich zadowoloną. A będzie tylko lepiej! Nie chodzi o to, by się jakoś szaleńczo rozrosnąć, ale nie pogardzę odrobinę większą objętością.


Od strony kondycyjnej, focus rzuciłam na pompki (tradycyjne i odwrotne), bo wręcz upokarzającym jest dla mnie fakt, że nie jestem w stanie zrobić ich więcej niż 10 powtórzeń w jednej serii. Ciągle pamiętam to marcowe wyzwanie (wpis "Od 0 do 50 pompek ciągiem w 10 dni"), które rzuciłam sobie prawie trzy lata temu i mam wielką ochotę powtórzyć ten sukces, ale tym razem z trochę większą rozwagą. Podobnie jest z podciąganiem na drążku - jestem w tym totalnym cieniasem.


A jak tam wasze plany na ostatni miesiąc 2015 roku?

Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

wtorek, 1 grudnia 2015

Nazywamy się Gwardią Gryfu

Jestem osobą, która zawsze bierze sprawy w swoje ręce. Nienawidzę biernie przyglądać się rozwojowi sytuacji i godzić się na mniej niż mogłabym mieć. Wiem, że nie wszyscy odbierają to pozytywnie, ale najłatwiej jest oceniać. Kompromisy nie są dla mnie, jednak jeśli trzeba, potrafię na nie przystać. Ja lubię działać. Po prostu. One way or another. Bo wychodzę z założenia, że każdy z nas jest kowalem własnego losu i w życiu należy być czasem trochę bezczelnym. 

Fitness jest częścią mojego życia od wielu lat. Odkąd pamiętam, aktywność fizyczna była dla mnie sposobem nie tylko na szczupłą sylwetkę, ale przede wszystkim na rozładowanie emocji i niekończące się źródło dobrej energii. Ponadto zawsze interesowało mnie, co jeść by zachować zdrowie. Chemia żywności w moich oczach była i jest pewnego rodzaju magią. Mimo że jest to świat raczej dla indywidualistów, przekonanie, że miło byłoby mieć chociaż jednego kompana, który podzielałby moją pasję w 100%, nigdy nie znikało, więc starałam się zarażać nią wszystkich dookoła. Fakt faktem, nie tylko w ramach poszukiwań prawdziwego workout buddy, ale również dlatego, że jeśli odkrywamy coś, co staje się w naszym życiu tak wielkim dobrem, chcemy się tym dzielić, prawda? I udawało się! Ale były to zazwyczaj tylko idealne przykłady słomianych zapałów. Cóż, najwyraźniej słaba ze mnie inspiracja. 

Tak mijały lata, a moja frustracja rosła. Odbierałam to jako własną porażkę, a nie lubię przegrywać; przyznaję się do tego otwarcie. Zresztą kto lubi? Czułam, że w całym tym szczęściu płynącym z prowadzenia zdrowego stylu życia czegoś mi jednak brakuje. Człowiek to istotna społeczna i mimo że w klubie fitness zawsze znalazł się ktoś, z kim można byłoby pogadać niezobowiązująco podczas treningu, a na uczelni spotykałam dziesiątki ludzi tak samo zakręconych na punkcie odżywiania jak ja, chciałam czegoś więcej; pewnego rodzaju partnerstwa, które równałoby się większym zaangażowaniem i regularnością. Tak oto doszłam w końcu do miejsca, w którym uderzyłam pięścią w stół i stwierdziłam, że skoro nikt z moich ówczesnych znajomych nie ma ochoty dzielić się ze mną dietetycznymi nowinkami, ani spotykać się systematycznie na wspólnych treningach na siłowni, czas najwyższy po prostu poznać takich ludzi. Było to na przełomie sierpnia/września bieżącego roku.

Ach, gdyby nie ten facebook...
W zrealizowaniu tego pomysłu pomógł mi największy portal społecznościowy, czyli oczywiście, facebook. Idea spotted jest na pewno wszystkim znana. Korzystając z ogromnej popularności tego typu stron, zamieściłam na tej należącej do mojego miasta krótkie "ogłoszenie" o tym, że szukam osób, które interesują się sportem i zdrowym odżywianiem. Odzew był zaskakująco szybki i... imponująco duży! Naprawdę nie spodziewałam się aż tylu chętnych.  

Zależało mi na tym, by stworzyć grupę, do której należeliby ludzie w podobnym wieku, mieszkający w miarę bliskiej okolicy, co w założeniu miało ułatwiać nam organizowanie spotkań i kontakt między sobą. Cel ten został osiągnięty, a już po dziesięciu dniach od pojawienia się mojego "ogłoszenia", odbyło się pierwsze spotkanie zapoznawczo-integracyjne. Już wtedy cały projekt zapowiadał się niezwykle ekscytująco.

Nazywamy się Gwardią Gryfu
Gwardia, bo brzmi to dostojnie i w pewien sposób zdyscyplinowanie. Gryfu, bo głównym zamysłem były spotkania na siłowni, a więc w towarzystwie sztang i hantli, których przecież głównym elementem jest właśnie gryf. Jak to wszystko rozwinęło się w praktyce?

Gwardia na ten moment liczy sobie 14 osób. W swoich szeregach mamy między innymi piłkarzy, rekreacyjnych biegaczy, dziewczynę tańczącą pole dance, street workoutowców czy ciężarowców, którzy lubią poprzerzucać trochę żelastwa. Ta różnorodność jest piękna, bo w zasadzie każdy z nas zna się na innej dyscyplinie, dzięki czemu tworzymy sobie nawzajem okazje do spróbowania czegoś nowego. Nasze spotkania nie ograniczają się tylko do wypadów do klubów fitness. Zdarzyło nam się nawet wyskoczyć wspólnie do kina na film osadzony w tematyce sportowej, pojeździć na wrotkach w klimatach lat osiemdziesiątych, zagrać w kręgle czy niejednokrotnie posiedzieć przy zielonej herbacie, dzieląc się doświadczeniami.

Jak ryba w wodzie
Jako pomysłodawca, stałam się niejako liderem grupy, co doskonale współgra z moim charakterem. Prowadzenie i organizowanie spotkań Gwardii daje mi potężną satysfakcję, zwłaszcza, że każde kolejne z nich jest dowodem na to, że warto się nie poddawać i dążyć do tego, czego się chce. Spełniłam swoje marzenie i mam ogromną nadzieję, że uda mi się rozwinąć ten projekt do czegoś jeszcze większego. Pomysłów w mojej głowie rodzi się całe mnóstwo, więc myślę, że o Gwardii Gryfu przeczytacie tu jeszcze niejeden raz.


Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

czwartek, 12 listopada 2015

Skok wagi z dnia na dzień (cz. II) Dlaczego? Jak sobie z tym poradzić?

O tym, że ciężar ciała przechodzi swoje naturalne wahania i w związku z tym nie należy ważyć się częściej niż raz na tydzień, słyszeli już pewnie wszyscy. Uzasadnień, dlaczego się tak dzieje jest naprawdę sporo i większość z nich zakorzeniona jest w fizjologii człowieka. Nawodnienie organizmu, objętość płynów ustrojowych, zawartość jelit oraz żołądka nie są wartościami stałymi i to właśnie dlatego ciężar ciała na przestrzeni jednego czy dwóch dni może różnić się nawet o kilogram, ale podkreślam - jest to całkowicie normalne. Nie rozumiem, dlaczego (zazwyczaj tylko) kobiety robią z tego taką tragedię. Przecież to tylko cyferka na głupim, łazienkowym urządzeniu.

Bywa tak, że na te wahania wagi pracujemy sobie sami. Moim zdaniem najczęściej spotykanym powodem jest nieprawidłowa (zbyt obfita lub źle skomponowana) dieta dnia poprzedniego, a co za tym idzie - zatrzymanie wody. Tak naprawdę nie ma się czym martwić. No, o ile sytuacja, gdy jemy zbyt dużo nie powtarza się kilka dni z kolei.

Zapraszam do części I: Skok wagi z dnia na dzień? Spokojnie, nie przytyłaś! oraz do wpisu uzupełniającego temat: Ile można przytyć w ciągu jednego dnia?


Węglowodany (cukry) wiążą wodę, co oznacza, że im więcej ich zjemy, tym więcej wody zmagazynuje się w organizmie. Oczywiście, nie jest to powód do ograniczania lub pozbywania się ich z jadłospisu. Sęk w tym, by trafiać idealnie w ilość, której potrzebujemy. Wiem, że może być to dosyć kłopotliwe dla niejednego z was. Powiem szczerze, że sama mam z tym problem zwłaszcza, że jestem z tych, którzy świetnie funkcjonują na ketozie (co ma swoje plusy i minusy), dlatego reakcje fizjologiczne są dla mnie słabą wskazówką. 

Podobny efekt do węglowodanów wywołuje sól, a dokładniej sód, który jest jej składnikiem (w 2,54g soli kuchennej znajduje się 1g sodu). Co ciekawe, 8g tego pierwiastka zatrzymuje w organizmie aż litr wody, co jest równoznaczne z dodatkowym kilogramem, który ujrzymy na wadze. Czy należy się tym przejmować? I tak, i nie. 
Co pierwsze przychodzi na myśl, gdy mowa o soli? Nadciśnienie! W związku z tym sądzę, że dalszy komentarz jest zbędny. Natomiast z punktu widzenia dodatkowych kilogramów tragedii nie ma, bo to tylko woda, nie tkanka tłuszczowa. Fakt, może wiązać się to z nabrzmieniem, a nawet z cellulitem wodnym, ale naprawdę nie jest trudno pozbyć się tych nadmiarów (ps. nie wierzcie w żadne specyfiki typu Hydrominum, szkoda pieniędzy).

Zatem jak to zrobić?
Może to dziwić, ale odpowiedź brzmi: pij dużo wody!
To trochę jak z redukcją masy tkanki tłuszczowej. Drastyczne ograniczanie kalorii na początku przyniesie pożądany efekt, ale organizm szybko zorientuje się, że dążymy do samozniszczenia i zamiast spalać, przestawi się na tryb magazynowania. Tak na wszelki wypadek, gdyby miały nadejść dla niego jeszcze cięższe czasy. Z wodą jest podobnie. Pijąc jej zbyt mało, ciało będzie się chronić przed jej utratą, ale gdy zaczniemy dostarczać jej wręcz w nadmiarze, machina ruszy i doprowadzi do unormowania stanu.

Podsumowując,
- ważenie się po posiłku lub wypiciu czegokolwiek zawyża wynik
- ważenie się kilka razy tego samego dnia to największy bezsens świata
- ważenie się po aktywności fizycznej może albo spowodować zaniżony wynik (utrata wody razem z potem) lub wręcz zawyżony (przy treningu zazwyczaj pijemy dużo wody)
- spadek wagi z dnia na dzień nie jest dowodem na to, że zeszczupleliśmy, ponieważ nie jest możliwe aż tak szybkie spalanie tłuszczu - najprawdopodobniej utrata wagi jest w tym przypadku spowodowana czynnikami fizjologicznymi (patrz: wstęp wpisu)

Dziewczyny, a teraz tak szczerze... Jakie to ma znaczenie, jaką liczbę wskazuje waga? Tylko wy ją widzicie. Zdecydowanie ważniejsze jest to, co pokazuje lustro.


Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com


PS. Swoją drogą, w tytule posta znajduje się nieścisłość.
Waga - przyrząd do mierzenia, masa - ilość kilogramów. Waga nie równa się masie.
Dlaczego świadomie popełniłam ten błąd, choć może jako przyszły dietetyk nie powinnam? Bo mowa potoczna rządzi się własnymi prawami :)

poniedziałek, 19 października 2015

Herbata liściasta vs. w torebce

Jestem wielkim fanem herbaty. Zielona, czerwona, biała, czarna... jakakolwiek! Uwielbiam je wszystkie. Zwłaszcza teraz, gdy za oknem z dnia na dzień coraz chłodniej. Przyznaję się, całe życie wybierałam tą w torebkach, bo jest to zdecydowanie bardziej praktyczne rozwiązanie. Teraz już wiem, że wygoda nie zawsze idzie w parze z jakością... i smakiem.

Na pierwszym roku studiów poruszyliśmy temat herbat. Korzystając z okazji, zadałam pytanie, które męczyło mnie od niepamiętnych czasów, ale nigdy nie podjęłam samodzielnych poszukiwań odpowiedzi:
czy istnieje jakakolwiek różnica pomiędzy herbatą liściastą, a tą w torebkach?
Prowadząca zajęcia spojrzała na mnie z politowaniem. Mówią, że nie ma głupich pytań, ale poczułam się wtedy, jakbym strzeliła największą gafę świata. Po chwili milczenia pełnego zgorszenia, które już same w sobie sporo mi uświadomiło, usłyszałam tylko prostą radę:
niech sobie pani zrobi eksperyment - proszę porównać susz znajdujący się w torebce herbaty dowolnej firmy i dowolną herbatę liściastą.


Następnego dnia kupiłam pierwszą w życiu zieloną herbatę w formie liści i zabrałam się za testowanie. Analizie poddałam smak, zapach, kolor i oczywiście, postać suszu tak jak radziła prowadząca. I wiecie, co? Tamtego dnia poczułam się jeszcze bardziej zawstydzona niż na wspomnianych wcześniej zajęciach. Biorąc pod uwagę ilość hektolitrów herbaty, które przelały się przez moje gardło, powinnam od dawna być ekspertem w tym temacie i nie potrzebować żadnych eksperymentów, by wiedzieć, że herbata liściasta jest o niebo lepsza od tej w torebkach i to nie tylko pod względem walorów smakowych!

Im drobniejszy susz, tym większa jest powierzchnia poddawana zaparzaniu, co oznacza, że herbata szybciej nabiera aromatu. Niejednokrotnie tak szybko, że aż nie jesteśmy w stanie kontrolować jej intensywności i w mgnieniu oka otrzymujemy gorzką lurę. Nie da się też ukryć, że im drobniejsza zawartość torebki, tym łatwiej oszukać na jakości herbaty. Producenci bardzo często dosypują do nich wiele dodatkowych substancji, które tak naprawdę mają tylko omamić zmysły konsumenta. Poza tym w zależności od ceny, owe torebki są wykonywane z różnych materiałów. Zazwyczaj jest to pewna odmiana papieru, która niestety dodatkowo wpływa na smak całości.

Od tamtej pory piję już tylko tą liściastą i z przymrużeniem oka mówię, że z herbatą jest trochę jak z parówkami. Są takie, które mogą poszczycić się znakomitą składem, ale istnieją również i te, które mają w środku zmielonego mamuta i nawet się tego nie spodziewamy.

Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

wtorek, 29 września 2015

Czy wiesz o co prosisz, pytając mnie czy ułożę ci dietę?

Standardowa reakcja na wiadomość o tym, jaki kierunek studiuję to, oczywiście, nieokiełznana chęć posłużenia mi za przedmiot ćwiczeń.
- Studiujesz dietetykę? To ułóż mi dietę! Ale wiesz... porządnie, żebym chudł(a)!
Od pewnego czasu w takich sytuacjach odpowiadam zawsze w ten sam sposób:
- Ale wiesz, że dietetyka to nie jest nauka o odchudzaniu, prawda?
Zazwyczaj po tych słowach widzę tylko niepewność i zdziwienie na twarzy mojego rozmówcy, więc nie czekając na nic, wzdycham i kontynuuję:
- Ok, będziesz musiał(a) odpowiedź na kilka dość istotnych dla mnie pytań...
- Zjem wszystko - znajomy mi przerywa - Wiesz, coś tam wymyślisz. Najważniejsze, żeby spadło mi parę kilogramów.
- Poczekaj, preferencje żywieniowe to drugorzędna sprawa, najpierw muszę...
- Dobra, dobra. Znasz się na tym. Rób swoje.
I na tym dyskusja się kończy. Ludzie nie mają pojęcia, co to oznacza ułożyć dietę. Nie wiedzą, jak to się robi, ilu informacji o pacjencie to wymaga, obliczeń i czasu. A co najgorsze nie rozumieją, że do dietetyka nie chodzi się tylko po to, by schudnąć i wcale nie chcą słuchać, kiedy usiłuję im co nieco o tym opowiedzieć.

"Dietetyk jest wykwalifikowanym specjalistą ochrony zdrowia, który posiada szeroką wiedzę w zakresie żywienia człowieka zdrowego i chorego. Poprzez dobór odpowiedniej diety prowadzi profilaktykę chorób dietozależnych oraz jest odpowiedzialny za leczenie żywieniowe w różnych stanach chorobowych. Zajmuje się również upowszechnianiem wiedzy w zakresie prawidłowego żywienia."
 źródło: Polskie Towarzystwo Dietetyki http://www.ptd.org.pl/zadania-zawodowe


Czy wiesz o co prosisz, pytając mnie czy ułożę ci dietę?
Prosisz mnie o to, bym poznała cię od strony, którą pewnie nie za bardzo masz ochotę przede mną odkryć. Przecież jesteśmy tylko znajomymi, nawet nie bliskimi przyjaciółmi i spodziewam się, że wolał(a)byś, żebym nie wiedziała, że od tygodnia nie potrafisz poradzić sobie z uporczywymi bąkami. A ja właśnie będę chciała to wiedzieć. To i wszystko inne o tobie. Zasypię cię miliardem (niezręcznych) pytań. Zmuszę cię do opowiadania o twoim wzdętym brzuchu, zgadze, a nawet o problemach ze zrobieniem porannej kupy. Jeśli mnie okłamiesz, zorientuję się prędzej czy później, dzięki powiązaniu faktów, o których powiesz mi odpowiadając na pozostałe pytania, bo organizm ludzki jest pełen zależności. Po tej najbardziej wstydliwej części, zejdziemy o poziom niżej. Zapytam cię o przyjmowane leki (włączając w to antykoncepcję) i suplementy diety. Z tego tematu zręcznie przejdziemy do wszelkich schorzeń, z którymi się borykasz i alergii - przede wszystkim (ale nie tylko) pokarmowych. Ba! Z całą pewnością będę wścibsko dopytywać, jak reagujesz na dany składnik, który cię uczula, co oznacza, że być może opowiesz mi o swędzącej wysypce na lewym pośladku albo o godzinach spędzonych z głową (lub inną częścią ciała) w klozecie. I nie zrozum mnie źle, ja chętnie cię wysłucham, bo to część mojej pracy, a co najważniejsze - zostawię to wszystko dla siebie, bo i mnie obowiązuje tajemnica lekarska, ale czy naprawdę chcesz mi o tym opowiedzieć tylko po to, bym ułożyła ci dietę, której - nie oszukujmy się - będziesz przestrzegać max. dwa dni?

Skąd ten pesymizm? Z doświadczenia. Może to oznacza, że jestem słabym specjalistą od motywacji, ale hej, dopiero się uczę! Fakty niestety są takie, że już nieraz zdarzyło mi się ulec namowom znajomych i angażowałam się w dietetyczną pomoc, ale cóż... tryskali entuzjazmem pierwszego dnia, a gdy po tygodniu w celu skontrolowania postępów pytałam, jak im idzie, w odpowiedzi dostawałam tylko zawstydzony uśmieszek.  Ale wróćmy do tematu...

To nazywa się wywiadem żywieniowo-lekarskim
i jest dla mnie niezbędnym źródłem informacji, które warunkują ułożenie twojego jadłospisu w sposób odpowiedni i dopasowany do ciebie, co oznacza, że jeśli chcesz, by moje rady i zalecenia miały jakiekolwiek sens, musisz przebrnąć ze mną przez ocean niezręcznych pytań i nie istnieje żaden sposób, by to ominąć. Nie, nie mogę po prostu powiedzieć ci, co jeść, a czego nie jeść, by wyglądać dobrze, bo takie ogólniki można znaleźć na każdym portalu czy blogu w internecie (co wcale nie oznacza, że polecam do nich sięgać), a skoro przychodzisz do mnie po pomoc, chcę dać ci indywidualny i konkretny plan, który sprosta twoim oczekiwaniom, ale i zapewni ci potrzebne składniki odżywcze, a przed wszystkim - w żaden sposób ci nie zaszkodzi.

A podstawa to zdiagnozować pacjenta
więc oprócz pytań o częstotliwość wiatrów pojawią się też te o pory posiłków, twoje reakcje na dane produkty żywnościowe, ulubione i znienawidzone dania, o godzinę, o której kładziesz się spać i tą, o której dzwoni twój budzik. Nie powinno cię też zdziwić, jeśli nagle wyskoczę z centymetrem krawieckim i zacznę ściągać miarę z pewnych strategicznych części twojego ciała. Mówiłam ci... chcę wiedzieć o tobie WSZYSTKO.

A to dlatego, że podchodzę do swojego zadania bardzo poważnie. Nie wiem, czy wiesz, ale tak właśnie wygląda standardowa pierwsza wizyta w gabinecie dietetycznym i wszystko to, o czym napisałam powyżej nie jest stricte moim wymysłem. Uważam, że jednym z czynników składających się na obraz dobrego dietetyka, jest to jak wiele informacji chce od nas uzyskać.

Ok, więc co to niby znaczy ułożyć dietę?
Poniżej screen (mało czytelny, wiem, ale ciężko było ująć wszystkie dane w jednym rzucie i nie zniszczyć jakości) przykładowego, dziennego jadłospisu mojej pacjentki, o który zapytałam w ramach wywiadu żywieniowo-lekarskiego. Skład dań i szacunkową gramaturę składników, otrzymaną od pacjentki, rozpisałam sobie w takich oto tabelkach:


Białko, tłuszcze i węglowodany (z podziałem na przyswajalne i nieprzyswajalne) to absolutna podstawa. Oprócz nich mamy jeszcze cholesterol, witaminy i minerały. Żeby oblicz ich zwartość w każdym produkcie pojawiającym się w jadłospisie, a później otrzymany wynik porównać do norm (a więc do zapotrzebowania dziennego) potrzeba sporo czasu. Jest to typowa praca z kalkulatorem i tabelami wartości odżywczych. Podejrzewam, że za jakiś czas będzie szło mi to o wiele sprawniej, ale na ten moment nie mam jeszcze aż takiej wprawy. Dzięki liczbom przedstawiającym procent realizacji pokrycia zapotrzebowania mogę określić występujące niedobory, a później dopasować je do ewentualnych dolegliwości i objawów, na które skarży się pacjent. Kolejnym krokiem jest wprowadzenie zmian w jadłospis lub ułożenie go od nowa. W ten sposób przygoda z tabelami i kalkulatorem rozpoczyna się od nowa...

Sprawa nie jest taka prosta
jakby się mogło wydawać. Wbrew pozorom dietetyk ma bardzo odpowiedzialne zadanie. Mało mówi się o interakcjach, w które mogą wejść składniki żywności z popularnymi lekami, co więcej - niektóre schorzenia wykluczają pewne produkty, a przykładowo uporczywe bóle brzucha mogą zwiastować alergie. Zwykły Kowalski może nie mieć o tym najmniejszego pojęcia, dlatego moim zadaniem jest po prostu pomóc mu to wszystko zauważyć i wyeliminować, a nie jestem w stanie tego zrobić, jeśli nie zbiorę szczegółowego wywiadu.

Ja naprawdę to lubię!
Dla kogoś, kto kompletnie nie interesuje się żywieniem, takie siedzenie z tabelami pełnymi danych i dwojącymi się w oczach cyferek może wydawać się niesamowicie nudne, ale ja naprawdę to lubię. To daje mi ogromną satysfakcję, jeśli słyszę, że chociażby mała zmiana w jadłospisie, którą zaproponowałam, sprawiła, że dana dolegliwość zniknęła. Każda osoba, która do mnie przychodzi, to indywidualny przypadek, w który angażuję się z wielkim zainteresowaniem, dlatego to takie przykre, kiedy cały wkład pracy zostaje krótko mówiąc, olany. Jednak mimo wszystko są tego też dobre strony, bo jakby na to nie patrzeć, każdy pacjent - nawet jeśli nie skorzysta w pełni z mojej pomocy - wpłynie na to, że nauczę się czegoś nowego.


Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

niedziela, 6 września 2015

Odpowiedź na pytanie "jak wytrwać?"

Jest wiele pytań odnośnie zdrowego stylu życia, które non stop się powtarzają, ale zdecydowanym faworytem jest to o wytrwaniu w nowych nawykach. Jak to zrobić? Jak utrzymać motywację? Jak się tym wszystkim nie znudzić? Ludzie mówią, że ciężko jest utrzymywać czystą michę i zachować regularność w treningach, że nie mają na to czasu albo że nie chcą żyć w ograniczeniu. Z jednej strony marzą by zmienić swoje życie, a z drugiej nie do końca są przekonani czy im się chce cokolwiek w tym kierunku zrobić. 

No to cholera, albo chcesz albo nie chcesz.


To nie jest trudne. Przecież ciało człowieka nie buntuje się przeciwko zdrowym produktom - powiedziałabym, że robi to, gdy karmimy je fastfoodami czy słonymi przekąskami. Tak naprawdę miejscem, gdzie rodzi się ten w zasadzie irracjonalny bunt przeciw temu co zdrowe, jest nasz umysł. Ale dlaczego?

Nie do końca rozumiem, dlaczego w kreskówkach nagminnie pojawia się motyw dzieci, które nie lubią warzyw. Z moich czasów pamiętam Atomówki, które walczyły z brokułami, przedstawionymi jako przybysze z kosmosu (what da fuck). Wiem, że było tego znacznie więcej, ale aktualnie mam dziurę w pamięci. Zmierzam do tego, że przecież oglądają to małoletni widzowie, którzy chłoną wszystko jak gąbka. W ich głowach koduje się informacja "warzywo jest be" i mamy problem, rzutujący również na dorosłe życie.

Dlaczego potrzebujesz motywacji, by jeść po prostu zdrowo?

Zdrowe odżywianie nie boli, nie zabiera więcej czasu ani pieniędzy, w niczym nas nie ogranicza i nie wymaga wyrzeczeń, o ile jest to świadomy wybór. Tu nie chodzi o to, żeby w czymś na siłę trwać. Jedzenie oprócz spełniania podstawowej funkcji ma być również przyjemnością. Jeśli się do tego zmuszasz, sprawia ci to wiele trudności, to znaczy, że coś po prostu robisz źle, bo nie na tym to polega. Męczy cię zjedzenie kebaba? Nie? To dlaczego męczy cię jedzenie kurczaka z ryżem i brokułami? Różnorodność przypraw i technik kulinarnych sprawia, że jeden produkt można przygotować na milion sposobów, dlatego przy odrobinie chęci ciężko się nudzić. Zastanów się, czy rzeczywiście chcesz zmienić styl odżywiania, bo gdybyś naprawdę chciał, uwierz mi, nie szłoby ci to tak opornie i wcale nie szukałbyś non stop motywacji. Prawda jest taka, że jedyne czego byś szukał to inspiracji na nowe dania.

Albo chcesz i jesz zdrowo, albo nie chcesz i dajesz sobie spokój. 
Wszystko jest twoim wyborem. Nikt cię do niczego nie zmusza.
Jednak pamiętaj, że to co kładziesz na swoim talerzu, jest inwestycją na przyszłość. 


Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

wtorek, 4 sierpnia 2015

Przepis na letnią formę LAST MINUTE

Połowa sezonu letniego za nami. Ja swój wakacyjny wyjazd mam jeszcze przed sobą, ale w tym roku nie wybieram się w żadne mniej lub bardziej egzotyczne miejsce. Nie czeka mnie też paradowanie w stroju kąpielowym po plaży ani zdobywanie szczytów gór. Zamierzam po prostu odpocząć z dala od miejskiego zgiełku, którego na co dzień mam aż zanadto, mimo że tak naprawdę bardzo go lubię, bo jestem typowym mieszczuchem i nie wyobrażam sobie, że mogłabym na stałe zamieszkać poza granicami miasta. Myślę, że każdy powinien zafundować sobie taki reset raz na jakiś czas.

Podejrzewam, że między innymi ze względu na charakter moich tegorocznych planów (i przez wyczerpującą sesję, która pochłonęła mnie całkowicie), nie kładłam zbyt wielkiego nacisku na przygotowania do sezonu letniego. Jasne, z wiosną pojawił się pomysł osiągnięcia formy życia, ale wyszło jak wyszło i nie mam problemu z tym, że nie do końca tamtejsza wizja pokrywa się ze stanem aktualnym. Poza tym... every body is a bikini body. Jednak co zrobić, kiedy urlop za pasem, a my nie pogardzilibyśmy małym doszlifowaniem sylwetki? 


Odpowiedź jest prosta: wyprostować się!
Osiągnięcie takiej zmiany zajęło mi tyle, co... zmiana ubrań ;) Zwróćcie uwagę na tą błyskawicę, która biegnie przez mój brzuch. Nie, nie mam blizny. Po prostu przed robieniem zdjęć leżałam na łóżku, czytając książkę, a koc, który nieświadomie przygniotłam, zostawił właśnie taki ślad. Pomyślałam zatem, że będzie to idealna okazja do tego typu porównania. 

Na pierwszym zdjęciu wypchnęłam biodra do przodu i lekko zgarbiłam plecy. Natomiast na tym po prawej starałam się stać w miarę neutralnie bez większych udziwnień. Efekt? Najszybsza metamorfoza EVER. Inspirację do eksperymentów przed lustrem znalazłam oglądając przygotowania bikiniar i kulturystów do zawodów. Trening i dieta są w tym sporcie szalenie ważne, ale równie istotne jest też pozowanie, którego zawodnicy uczą się bardzo pilnie. Szkoda byłoby mieć pięknie wypracowane ciało, a nie umieć go należycie zaprezentować, prawda? 

I dokładnie tak samo jest w codziennym życiu zwykłych ludzi takich jak ja czy wy. Nie chodzi o to, by prężyć się i napinać nawet kupując rano te przysłowiowe bułki na śniadanie, ale o tym, że prawidłowa postawa ciała potrafi odjąć nawet 5 kilogramów, wiadomo nie od dziś, dlatego dziewczyny, głowa do góry, pierś do przodu i ruszamy na podbój świata! :)

Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

niedziela, 2 sierpnia 2015

Fitness to świat dla indywidualistów

W gronie znajomych można wybrać się na siłownie, wycieczkę rowerową albo wspólne truchtanie leśnymi ścieżkami. Można też godzinami gawędzić na sportowym forum z ludźmi, którzy rozumieją, skąd bierze się miłość do żelastwa czy biegowych butów, a mieszkają po drugiej stronie Polski. Jak widać, na brak towarzystwa i wsparcia nie sposób narzekać nawet jeśli nikt z najbliższego otoczenia nie podziela naszych zainteresowań. Jednak fitness to mimo wszystko świat dla indywidualistów.


Bo osamotnienie to przecież nie to samo, co indywidualizm. Społeczność fitzapaleńców jest ogromna, a na dodatek powiększa się z każdym dniem, ale nikt nie wykona za nas pracy na treningu ani nie nakarmi warzywami jak małego niejadka, kiedy tak naprawdę ochotę mamy na kebaba. To jakie rezultaty otrzymamy, zależy tylko i wyłącznie od nas samych i naszego zaangażowania. To jest właśnie to, co lubię w tym lifestylu najbardziej.

http://sjp.pwn.pl

Bez względu na to czy wolisz solówki sam na sam ze sztangą (np. jak Michał Karmowski) czy trenować z kimś (np. jak Piotr Borecki), to TWÓJ mięsień musi wykonać pracę i to TWÓJ żołądek powinien wypełnić się później zdrowym jedzeniem i nieważne czy ktoś obok zrobi to samo czy nie. Oczywiście, że jest łatwiej (i przyjemniej), jeśli mamy kogoś, kto nas wspiera, ale to nie zmienia faktu, że tak czy inaczej, wszystko leży w naszych rękach. Trzeba wiedzieć, czego się chce. Indywidualizm łączy się też z asertywnością, bo czasem trzeba umieć powiedzieć nie i dokonać zdrowego wyboru nawet jeśli wszyscy dookoła idą dosłownie w przeciwną stronę. To chyba najtrudniejsza część, bo człowiek to istota społeczna i w takich sytuacjach zaczyna działać psychologia grupy. To dlatego mówi się, że treningi budują nie tylko kondycję, ale i charakter.

Poza tym tutaj wszystko dobiera się konkretnie pod daną osobę i cel, jaki sobie obrała. Nie ma jednego sposobu na sukces, bo to co zdało egzamin w moim przypadku, niekoniecznie będzie dobre dla kogoś innego. To właśnie dlatego udzielanie rad bywa dosyć trudne, ale o tym innym razem.

Fitness to świat dla indywidualistów, ale jednocześnie niesamowicie łatwo spotkać w nim bratnią duszę. Ten dualizm jest fantastyczny.


Kontakt: fitmiracle.blog@gmail.com

piątek, 31 lipca 2015

Mafia stalkerów ma nowego członka

Podglądanie tego, co ktoś jadł na obiad jest wciągające. Creepy, prawda?
Od dwóch dni możecie znaleźć mnie nie tylko tutaj i na facebooku, ale również na... ;)


wtorek, 28 lipca 2015

Prawdziwe znaczenie słowa FIT

Niezależnie od faktu, że ilu ludzi na świecie, tyle gustów i guścików, uważam, że kanon kobiecego piękna jest (niestety) tylko jeden. No, a przynajmniej tylko jeden obraz sylwetki wybija się popularnością nad wszystkie inne w społeczności osób interesujących się sportem. 


Nie lubię, kiedy mówi się tyle o pośladkach Jen Selter i nie ma to żadnego związku z zazdrością. Tak, trzeba jej przyznać, że ma na czym siedzieć i dzięki temu wygląda świetnie. Nie ukrywam, zdarzy mi się zawiesić oko na jej zdjęciach. Czy jest tu ktokolwiek, kto nie złapał się na tym samym choć raz? Jednak problem w tym, że doszło do tego, że dziewczyny zaczęły się do niej porównywać. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy słyszałam lub przeczytałam na jakimś blogu tekst typu "do Jen Selter mi daleko" albo "ćwiczę, by mieć tyłek jak Jen". Z jednej strony każda motywacja jest dobra, ale z drugiej - sądzę, że dużym błędem jest stawianie sobie czyjegoś ciała jako wzór, do którego chciałoby się upodobnić. Fitness i kulturystyka to takie dziedziny, gdzie mówiąc dosadnie - jest dużo golizny (nie w sensie wulgarnym), więc oglądanie czyjegoś tyłka już od dawna mnie nie dziwi. I wiecie co? Widziałam milion pośladków, które co prawda, nie były kopią tych, które ma Jen, ale były równie piękne! Dlaczego ich posiadaczki tego nie dostrzegały?

To tylko jeden przykład z wielu. Schemat powtarza się również przy pozostałych częściach ciała, bo wyidealizowany kanon oprócz okrągłego, odstającego tyłka ma też wyraźne wcięcie w talii, płaski brzuch z delikatnym zarysem mięśni i dosyć niski % BF. Super, tylko mało kto zastanawia się nad tym, że nie wszyscy mają genetyczne predyspozycje do osiągnięcia takiego wyglądu.

Śledzę mnóstwo zawodniczek sportów sylwetkowych i dziewczyn, które po prostu żyją zdrowo, ale od jakiegoś czasu żadna z nich nie jest już dla mnie wzorem, do którego dążę, bo chcę, żeby moje ciało było po prostu MOJE. Nie mam kraty na brzuchu, nie jestem też najszczuplejsza ze względu na to, że jednak trochę tej tkanki tłuszczowej na sobie mam, a do tych podobno doskonałych wymiarów 90-60-90 brakuje mi po około 5-7 cm i... dobrze mi z tym. Nie chcę stać się jedną ze stada identycznych manekinów.


Piszę o tym, ponieważ poraża mnie ilość pytań o to, jak wyrzeźbić pośladki bez rozbudowania ud i częstotliwość pojawiania się wiadomości od zrozpaczonych dziewczyn, które ćwiczą, jak szalone, a mimo to nie zauważają spadków centymetrów. Tak właściwie... jestem ciekawa, czy którakolwiek z nich rzeczywiście tego potrzebuje. Era na szczupłe sylwetki już dawno się skończyła. Doszłam do wniosku, że o wiele przyjemniej dla oka i przede wszystkim ZDROWIEJ jest mieć trochę więcej mięsa na kościach, nie zapominając równocześnie o zachowaniu odpowiedniego poziomu tkanki tłuszczowej. Bo tak naprawdę, co fajnego jest w rozmiarze 34 czy nawet 36? 38,40 i wzwyż też są w porządku!

Nastało takie niezbyt mądre przekonanie, że skoro chodzę wszędzie z lunchboxami i jem dużo warzyw, a wolny czas spędzam jeżdżąc na rowerze albo ćwicząc w domowych zaciszu, to powinnam wyglądać jak atletka. Hmm... ale dlaczego? To znaczy, że osoba, która ma pełniejsze uda czy jedną fałdkę na brzuchu więcej jest zdyskwalifikowana z prowadzenia zdrowego trybu życia? Przecież FIT znaczy w dobrej kondycji, a nie bez grama tłuszczu.

Ideały nie istnieją. Nie ma czegoś takiego jak, perfekcyjna sylwetka. Zawsze znajdzie się coś, co będziemy chciały w sobie zmienić (często niesłusznie), ale właśnie te (pseudo) mankamenty są tym, co odróżnia nas od sklepowych manekinów i dziewczyn z pierwszym stron gazet, które i tak zostały odpicowane w photoshopie. Dzięki nim jesteśmy jedyne i niepowtarzalne. Dlaczego nie potrafimy tego docenić?

Zdrowy styl życia w założeniu powinien krążyć wokół dbania o zdrowie, a ciało to miał być tylko skutek uboczny. Ta moda chyba idzie w złym kierunku...




PS. A i dziewczyny... jesteście piękne takie, jakie jesteście!

sobota, 25 lipca 2015

Nowy plan domowego treningu siłowego SPLIT (przełom lipca i sierpnia 2015)

Treningi w lato to istna katorga (ale za to jaka satysfakcjonująca!). Nie pomaga nawet wybieranie godzin późnowieczornych, ponieważ po całym dniu pokój, w którym mogę ćwiczyć, jest tak nagrzany, że czuję się w nim jak w saunie. Z kolei treningi wcześnie rano też nie zawsze wchodzą w grę, bo pracuję w systemie zmianowym, więc muszę być elastyczna. Niemniej nie jest to problem na tyle poważny, żeby skutkował rezygnacją z aktywności. Wiecie, jak to jest... jeśli chcesz, znajdziesz sposób, jeśli nie chcesz - znajdziesz wymówkę.


Jest kilka szkół rozkładu partii mięśniowych na poszczególne dni treningowe, dlatego miałam sporą zagwozdkę przy układaniu nowego planu. Nie mogłam się zdecydować, czy wolę trenować większą grupę mięśniową, a na koniec dobić tą mniejszą, która asystowała czy jednak lepiej będzie rozłożyć tak, żeby każda partia była raz asystującą i raz grającą pierwsze skrzypce. Ostatecznie zdecydowałam się na opcję, która wydała mi się bardziej sprzyjająca regeneracji, bo z kolejnym FBW chyba bym umarła z nudów.


Dobór ćwiczeń też był nie lada wyzwaniem. Byłoby inaczej, gdybym miała do dyspozycji całą siłownię, ale stwierdziłam, że ze względu, na to, że mój workout buddy aktualnie ma problemy zdrowotne (i od jakiegoś czasu z systemem auto-motywacyjnym również, ale ciii), postawię na domówkę. A tak na marginesie podejrzewam, że w upalne, letnie dni i tak nie chciałoby mi się dojeżdżać do klubu. W zaistniałej sytuacji do dyspozycji mam tylko 10 kg hantle i 5 kg kettlebell.

Najgorzej było z dwójkami. Niby można byłoby wrzucić do planu żurawia, ale przy tym ćwiczeniu łapią mnie bolesne skurcze łydek. Cóż, pewnie robię coś źle. Następnym pomysłem było uginanie nóg w leżeniu z hantlem między stopami, ale wierzcie mi... spróbowałam raz i doszłam do wniosku, że sobie nie ufam, a osoba do asekuracji nie zawsze jest w pobliżu. Tak więc pozostał mi deadlift, który jest dosyć trudnym ćwiczeniem, mimo że od strony teoretycznej najbardziej przeze mnie poznanym. Wiecie, parafrazując znane porzekadło: nie ciężar, a technika zrobi z ciebie zawodnika, zamierzam przy nim nie szaleć.

W planie nie ma wzmianki o brzuchu z prostej przyczyny - zakładam, że będą wpadać jakieś 2-3 ćwiczenia (po jednym na skośne, proste i dolne) po przynajmniej dwóch z trzech treningów, ale nie chcę sobie niczego narzucać. Przyznaję, że tą grupę mięśni traktuję trochę po macoszemu, ale nie jest to tragedią, bo tak się składa, że brzuch asystuje przy treningu wielu innych partii.


W połowie sierpnia czeka mnie wyjazd, więc z tą rozpiską pewnie do niego dociągnę, a po powrocie wezmę się za układanie kolejnego, który będzie jego poprawioną wersją. Nie czuję się jeszcze pewnie w tym rodzaju treningu, bo jestem tylko instruktorem fitnessu, a nie trenerem personalnym, więc zamierzam uczyć się na własnych błędach. Mam to szczęście, że pracuję z koleżanką po AWFie, więc zawsze mogę się do niej pouśmiechać o jakieś drobne podpowiedzi i rady, hihi ;)
Zobaczymy, jakie spostrzeżenia pojawią się za dwa tygodnie...



poniedziałek, 20 lipca 2015

Moje bikini body 2015 ???

W sobotę chwyciłam za żelastwo pierwszy raz od miesiąca, napompowałam trochę mięśnie i nagle przypomniałam sobie, skąd bierze się to uwielbienie do bicepsów wśród stałych bywalców na siłowni i co istotniejsze - dlaczego ja tak bardzo lubiłam to wyciskanie z siebie siódmych potów, zanim jeszcze cosemestralne siedzenie nad książkami tradycyjnie zrobiło ze mnie stwora z podkrążonymi oczami, w którego żyłach zamiast krwi płynęła kawa. Dziwne, że po tylu latach, ciągle potrzebuję co jakiś czas przypomnienia. Cóż... nie wiem, jak to działa, ale coś w tym jest - łatwo wypaść z toru, ale wystarczy jedna dobra decyzja, a znienacka zaczynie napływać motywacja i nie sposób będzie już wrócić do poprzedniego stanu.

Lato w pełni. W założeniach z wiosny miała być teraz forma życia. Hmm... bez zastanowienia stwierdzam, że jej nie ma, bo jak mogłaby być, skoro od początku czerwca sport był tylko przerywnikiem, a nie jak to zwykle u mnie bywało - głównym udziałowcem w schemacie dnia. Ba! Powiem więcej - były nawet plany związane z przygotowaniami do zawodów sylwetkowych na przyszły rok, ale takie pomysły nie zostały mi na długo w głowie po rozpoczęciu sesji. Stosy książek skutecznie je przysłoniły.

Bez owijania w bawełnę, nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam czas czy ochotę (bardziej to drugie) na regularne i częste treningi, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo roztrenowanie również ma swoje zalety. Przekonałam się o nich na wyżej wspomnianym sobotnim treningu, kiedy to spodziewając się naprawdę słabych wyników siłowych i wydolnościowych, zaskakiwałam samą siebie. Było wręcz przeciwnie! To się nazywa potęga regeneracji.

Pierwszą myślą po zakończonych egzaminach, a więc po odzyskaniu sporej części wolnego czasu, była oczywiście mała redukcja, bo zakładałam, że po okresie lekkiego roztrenowania przybyło mi tu i ówdzie. Jednak buszując dzisiaj po sklepach, notorycznie łapałam się na tym, że nie potrafiłam określić dla siebie odpowiedniego rozmiaru. Non stop wybierałam ubrania, które w przymierzalni okazywały się o przynajmniej jeden lub dwa rozmiary za duże. Heh, czyżbym miała zaburzoną percepcję własnego ciała? Wniosek z tego jeden - żadnej redukcji nie będzie! Zamiast tego zadbam o rozwój siły i wytrzymałość mięśni, bo najwidoczniej to, co moje oczy widzą w lustrze, nie do końca pokrywa się ze stanem rzeczywistym. To takie... babskie, no nie? ;)

A prawda jest taka, że sposób na uzyskanie idealnego bikini body jest tylko jeden:
kupić bikini i je po prostu założyć!

PS. Nie spodziewałam się, że mimo mojej nieobecności aż tylu z was nadal będzie tu zaglądać. Nie opuściliście mnie i za to bardzo wam dziękuję.

PS2. Wiem, wiem. Jakość zdjęcia straszy. Wybaczycie?




sobota, 20 czerwca 2015

Mini kompendium: dieta, trening, motywacja

Przyszło lato. Przyjemnie patrzy się na przepełnione siłownie plenerowe, całe rodziny na wycieczkach rowerowych czy starsze osoby uprawiające nordic walking. To taka pora roku, w której nagle wszyscy się aktywizują, a niezdrowe zachcianki żywieniowe zagłusza ochota na sezonowe warzywa i owoce. Między innymi właśnie za to lubię lato - to najlepszy czas na zmianę nawyków. Co tu dużo mówić, przychodzi nam to w tym okresie najłatwiej.

W związku z tym zauważyłam, że istnieją dwa typy ludzi: 
A. jest piękna pogoda, więc trzeba wykorzystać ją na aktywny wypoczynek
B. jest piękna pogoda, a urlop się zbliża, więc trzeba zacząć się ruszać
Co prawda, jest jeszcze typ C. o Boże, jak gorąco, walnę się więc plackiem, ale z moich obserwacji wynika, że jest na wymarciu, więc nie będę się na nim skupiać. 


Na wiosnę zawsze przychodzi pierwszy bum na redukcje i palenie tłuszczu, co po zimie kompletnie nie dziwi. W związku z tym mnóstwo osób pytało mnie, co zrobić, by do lata poprawić sylwetkę. Udzielałam rad z wielką radością, ale chyba niewielu wprowadziło je w życie, bo po trzech miesiącach nie słyszę od nich o już odnotowanych sukcesach, a o działaniach, do których W KOŃCU się zmotywowali. Cóż... lepiej późno niż wcale, ale jest jeden problem - te działania nijak mają się do rad, które ode mnie otrzymali. Wręcz przeciwnie! "Byłam wczoraj taka zmęczona po pracy, ale i tak zrobiłam serię brzuszków! Do wyjazdu nad morzę pozbędę się oponki, zobaczysz!" pochwaliła mi się ostatnio dumna koleżanka. Heh... to jest po prostu fenomen. Mimo mody na bycie fit i uprawianie sportu, ludzie nadal brną ślepo we wcześniej utarte mity. Nie wiem, ile razy jeszcze będzie trzeba powiedzieć głośno o tym, że ćwiczenia wzmacniające typu brzuszki nie spalają tłuszczu, a jakby tego było mało, nie można pozbyć się go tylko z jednego miejsca na ciele. Ciekawe jest to, że znajomi pytają mnie o to, jak powinni zabrać się za temat, a potem i tak robią po swojemu. Cholera, chyba mam jakąś słabą siłę przebicia, tłumaczę po chińsku albo po prostu nie mam autorytetu, bo naprawdę nie rozumiem, w czym jest problem. Myślę, że to jest niejako ciemna strona zawodu dietetyka, bo można podsunąć pacjentowi kompletny przepis na sukces, składający się z idealnie dopracowanej diety i dopasowanego planu treningowego, a i tak to nie zadziała, jeśli pacjent nie zaufa tym wskazówkom i nie będzie za nimi podążać. Demotywujące, prawda? Ale nie ma co się załamywać! Nie nad wszystkim można mieć kontrolę.

A teraz once again...
dla wszystkich tych, którzy chcą poprawić swoje samopoczucie i wygląd.

1. Nie spala się tkanki tłuszczowej, a jedynie tłuszcz zawarty w komórkach (adipocytach). Komórki tkanki tłuszczowej raz utworzone nie umierają na skutek diety i treningów - one tylko zmniejszają swoją objętość, jeśli dojdzie do wykorzystania zgromadzonego w nich tłuszczu. To dlatego tak łatwo o efekt jojo, bo opróżnione magazyny chętnie napełniają się od nowa.

2. Nie istnieje spalanie miejscowe. Jeśli masz problem tylko z masywnymi udami albo tylko ze wcześniej wspomnianą oponką na brzuchu, nie ma sensu katować ćwiczeniami jedynie tych części ciała, bo tłuszcz schodzi równomiernie z całego ciała.

3. Ćwiczenia wzmacniające (np. popularne zestawy Mel B) nie spalają tłuszczu. One mają za zadanie wzmocnić mięsień lub/i ewentualnie go wymodelować, ale tak długo, jak będzie pokryty warstwą tkanki tłuszczowej, rzeźbienie nie da żadnego efektu wizualnego, a już na pewno nie sprawi, że ubędzie nam centymetrów.

4. Tłuszcz spala się przy aktywnościach tlenowych (np. bieganie, taniec, aerobik, zumba). Jak najprościej odróżnić wysiłek tlenowy od beztlenowego? Proste pytanie. Robiąc brzuszki łapiesz łapczywie powietrze tak jak po szaleńczym biegu na autobus?
  • O tym jak trenować, żeby spalać tłuszcz:
http://fitmiracle.blogspot.com/2015/04/piekno-rodzi-sie-w-bolu-nie-w-godzie-cz.html

5. Nie wystarczy po prostu mniej żreć i liczyć na to, że dzięki temu się schudnie. Dieta musi być zbilansowana i dopasowana do danego organizmu, by uniknąć niedoborów, o które łatwo przy redukcji masy ciała, czyli przy spożywaniu mniejszej ilości kalorii niż w rzeczywistości potrzebujemy.
  • Przykład mojej diety:
http://fitmiracle.blogspot.com/2015/03/moja-aktualna-dieta-rozkad-btw-i.html

6. Wyrzucenie 80% węglowodanów z jadłospisu nie jest dobrym pomysłem, ponieważ przez to pozbawiamy się najłatwiejszego źródła energii. Poza tym tłuszcz pali się właśnie w ich ogniu. Węglowodany nie powinny budzić naszego strachu, o ile pochodzą z dobrych źródeł (kasze, pełnoziarniste pieczywo i makarony, ryż, płatki owsiane).

7. Jeśli jeszcze jedna osoba powie mi, że by schudnąć, wystarczy po prostu nie jeść kolacji, zacznę mordować. Przyrzekam. I żeby nie było, że nie ostrzegałam...
Zasada jest jedna: po ciężkim lub/i stresującym dniu, w którym dodatkowo został wykonany dobry trening, można pozwolić sobie na węgle na kolację nawet będąc na redukcji. W pozostałych przypadkach kolacja powinna być białkowo-tłuszczowa.

8. Zdrowe tłuszcze w diecie nie przeszkadzają w spalaniu tego, który zawiera tkanka tłuszczowa. Wręcz przeciwnie - w odpowiednich ilościach są nawet wskazane. Poza tym jeśli nie chcemy kompletnie rozregulować swojej gospodarki hormonalnej, lepiej nie schodzić zbyt nisko z tłuszczami. Osobiście trzymam się schematu 0,8-1g tłuszczu na 1 kg masy ciała.
Źródła zdrowych tłuszczy: ryby, orzechy (z wyłączeniem arachidowych), migdały, oliwa, nada się również olej rzepakowy w umiarkowanych ilościach. Natomiast awokado i wiórki kokosowe traktujmy z dystansem. Nie twierdze, że są złe, ale najlepsze też nie są.

9. Nie ma sensu spodziewać się efektów po tygodniu czy dwóch. Waga być może i spadnie, ale będzie to głównie wynik oczyszczenia organizmu z nadmiaru wody i zalegającej treści w jelitach. Na prawdziwe efekty, na których nam zależy (pozbycie się tłuszczu), trzeba poczekać o wiele dłużej. Kluczem jest wytrwałość.

10. Chcesz schudnąć? Zaopatrz się w wagę kuchenną (łazienkowa nie będzie ci potrzebna), kalkulator i centymetr krawiecki. Ważenie każdego produktu, który zamierzamy zjeść tylko brzmi strasznie, a w rzeczywistości najtrudniejszy jest tylko pierwszy tydzień. Po krótkim czasie nauczymy się wzrokowo szacować gramaturę niemal bezbłędnie.

  • Wzory pozwalające obliczyć zapotrzebowanie kaloryczne:
http://fitmiracle.blogspot.com/2014/03/wiosenna-redukcja-ppm-cpm-i-rozkad-btw.html
  • Dlatego waga łazienkowa nie jest niezbędna:
http://fitmiracle.blogspot.com/2014/02/skok-wagi-z-dnia-na-dzien-spokojnie-nie.html

11. Radykalne obcinanie spożywanych kalorii jest beznadziejnym pomysłem, ponieważ duży deficyt kaloryczny spowoduje, że na początku będziemy chudnąć w ekspresowym tempie, ale ta machina zatrzyma się szybciej niż się obejrzymy. Nasz organizm zacznie bronić się przed dalszą redukcją, ponieważ będzie przekonany, że dążymy do samodestrukcji. Serio! Zamiast spalać, będziemy wręcz magazynować. Z tego względu na początku wystarczy tylko rekompozycja diety tzn. zmiana proporcji między białkiem, węglowodanami i tłuszczem. 
  • Odpowiedź na pytanie, dlaczego diety niskokaloryczne się nie sprawdzają:
http://fitmiracle.blogspot.com/2014/02/o-kaloriach-czyli-policzmy-co-sie.html

12. Czysta dieta i jedzenie tylko zdrowych produktów brzmi fantastycznie, ale nie oszukujmy się - mało kto potrafi non stop utrzymywać doskonały jadłospis. W końcu nie bez powodu powstał taki termin, jak cheat meal. Nie ma nic złego w MAŁYCH grzeszkach. RAZ NA JAKIŚ CZAS są wręcz wskazane, bo dzięki nim - krótko mówiąc - nie ześwirujemy.

13. Wcześniej wspominałam, że do palenia tłuszczu niezbędne jest cardio. Prawda. Jednak równie pomocny będzie trening siłowy, ponieważ jest dla mięśni idealnym bodźcem, który będzie hamował ich utratę (co przy deficycie kalorycznym i treningach spalających może się niestety zdarzyć, a tego byśmy nie chcieli).

14. A i jeszcze jedno... bez planu ani rusz.
  • dzienniki treningowe to fajna sprawa:
http://fitmiracle.blogspot.com/2013/10/moj-treningowy-dziennik.html

Motywacja?
Wiosna/lato to najlepszy okres na redukcję z tego względu, że organizm nie potrzebuje tkanki tłuszczowej w takich objętościach, jak w zimie, dlatego nie będzie stawiał zbyt dużego oporu. Jednak nie zrozumcie mnie źle, łatwo nie będzie, ale na pewno nie tak trudno, jak w czasie chłodniejszych pór roku.


Na zakończenie chcę jeszcze wspomnieć, że praca nad sylwetką nie powinna być zadaniem terminowym, a już tym bardziej nie krótkoterminowym, bo po pierwsze rodzi to frustrację, po drugie pośpiech generuje najgorsze błędy, które później odbiją się na naszym zdrowiu, a po trzecie... hej, chcesz ładnie wyglądać latem czy przez całe życie? Dlatego jest już trochę za późno, żeby teraz z impetem zaczynać metamorfozę i liczyć, że do wakacyjnego wyjazdu uda się uzyskać formę życia. Jednak to nie znaczy, że namawiam w tym momencie do porzucenia jakichkolwiek prób, bo każda pora jest dobra, by wystartować po zdrowie. Cały sęk tkwi w ustaleniu realnych celów. Niech motywacją nie będzie lato, a Sylwester. Tak, wtedy to będzie miało sens, bo szansa na spektakularną zmianę jest ogromna zwłaszcza, że letnia aura będzie działała sprzyjająco.



środa, 10 czerwca 2015

By żyć, a nie tylko pisać o życiu...

Przez chwilę myślałam, że wyrosłam z blogowania. Przyznaję, było to dziwne uczucie zwłaszcza, że nie ma drugiego takiego miejsca, które znałabym lepiej niż blogosferę. W końcu to mój drugi dom, odkąd skończyłam 12 lat! Zawsze coś pisałam. Pamiętniki, fikcyjne opowiadania, instrukcje do tworzenia grafiki komputerowej... Żartobliwie stwierdziłam kiedyś, że urodziłam się blogerką i nie wiem, jak wygląda życie bez własnego kącika w sieci. Jednak ostatnio bywałam tu rzadziej i rzadziej, zasłaniając się nawałem obowiązków. I faktycznie, miałam więcej na głowie, ale nie oszukujmy się - nigdy nie jest aż tak tragicznie, żeby nie znaleźć ani jednej wolnej chwili i to na coś, co w gruncie rzeczy sprawia nam przyjemność. Zwykle wystarczy dobrze przeanalizować plan dnia. Organizacja czasu działa cuda - przekonałam się o tym już nieraz. No, ale... cóż. Coś się we mnie zmieniło. I wcale nie chodzi o to, że stałam się mniej produktywna.


Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że chyba powinnam odwrócić moją hierarchię wartości do góry nogami. Nie zauważałam tego wcześniej, ale często zdarzało się, że zastanawiałam się, co by tu zrobić, żeby potem móc o tym napisać, bo blog już się trochę zakurzył, zamiast po prostu robić to na co mam ochotę i nie myśleć o tym, czy będzie to dobry temat na wpis na blogu. To nie powinno działać w taki sposób, bo nie żyję pod bloga tylko dla siebie.

W związku z tym przez ostatnie dwa miesiące skupiałam się raczej na tym, by faktycznie ŻYĆ, a nie tylko PISAĆ O ŻYCIU, co skutkowało moją ograniczoną obecnością tutaj. Efekt? Mega pozytywny!

Jednak nie traktujcie tego wpisu jako pożegnalnego, bo wcale nie mam zamiaru definitywnie odchodzić. Wręcz przeciwnie. Myślę, że potrzebowałam takiego odpoczynku, by móc wrócić ze zdwojoną siłą. Ta przerwa zaowocowała między innymi wizją spektakularnej metamorfozy (nie tylko sylwetki). Prace w tym kierunku już się rozpoczęły. Podejrzewam, że w najbliższym czasie będziecie mogli przeczytać o nich tutaj na blogu.




środa, 20 maja 2015

Dlaczego wściekam się, słysząc o diecie MŻ?

Bardzo dużo mówi się o tym, że nie jest możliwe miejscowe spalanie tłuszczu przez trening ukierunkowany na daną partię ciała. Sprawa ma się dokładnie w ten sam sposób w przypadku osób, które zdecydowały się zrzucać nadprogramowe kilogramy stosując tylko dietę niskokaloryczną albo co gorsza - głodówkę. W okresie redukcji masy ciała w naszym organizmie przeważają procesy kataboliczne, których nijak nie jesteśmy w stanie zaprogramować na pozbywanie się tylko jednego z surowców, więc zazwyczaj zamiast tracić sam tłuszcz (czyli to co sprawia, że nie wyglądamy tak, jakbyśmy tego chcieli), tracimy też mięśnie, a bywa nawet, że również i kości.

Sedno całej sprawy tkwi w dobrze dopasowanej diecie. Nie może być zbyt kaloryczna, bo wtedy utrata wagi nie nastąpi, ale nie możemy też przesadzić w drugą stronę, ponieważ jeśli dostarczymy sobie zbyt mało energii, zaczniemy pozbywać się tkanek, na których teoretycznie powinno nam zależeć. Pomocą na pewno okażą się tu wzory na PPM i CPM. Całkowite wyeliminowanie katabolizmu mięśni przy redukcji masy ciała jest bardzo trudne. Nie wiem, czy przypadkiem lepszym słowem nie byłoby "niemożliwe", ale jedno jest pewne - możemy podejmować działania, które zmniejszą ten przykry skutek uboczny.
Pierwsza myśl przeciętnej Kowalskiej: "ee tam, po co mi mięśnie, ważne, że spalę tłuszcz", czyż nie? Niestety rzeczywistość jest brutalna, ponieważ mowa tu nie tylko o mięśniach szkieletowych, ale co przy omawianym temacie bardziej istotne - o mięśniu sercowym, który przy głodówkach również zanika! Z tego względu osoby z niedoborami żywieniowymi są zagrożone np. arytmią, a nawet nagłym zgonem. Nie wolno też zapomnieć o upośledzonym działaniu i zanikaniu innych narządów takich jak wątroba czy nerki.

A tak na marginesie...
Nie chcę od razu demonizować i wyzywać od anorektyków każdego, kto kiedykolwiek zastosował dietę z serii (OW)MŻ, czyli "(o wiele) mniej żreć", ale czy teraz stało się jasne, dlaczego anoreksja jest chorobą śmiertelną? Jestem bardzo negatywnie nastawiona do tego jakże nieskomplikowanego sposobu na odchudzanie, bo niestety często przekraczamy rozsądną granicę i z niewinnego "zjem dzisiaj mniej obfity obiad" robi się "zjem na obiad tylko marchewkę i popiję ją wodą". Serio.

Zanik tkanki mięśniowej, budującej mięśnie szkieletowe, wcale nie jest mniej poważnym zjawiskiem. Łatwo się domyślić, że będzie to skutkowało obniżeniem sprawności fizycznej, co pewnie w znacznym stopniu pogorszy jakość życia. Co więcej - skóra stanie się mniej napięta, co da taki sam efekt, jakbyśmy nagle postrzeli się o kilka, kilkanaście lat.

Jak zatem chronić się przed utratą tkanki mięśniowej?
Po pierwsze, dostarczać sobie odpowiednio dużo węglowodanów (złożonych). Jest to kwestia bardzo indywidualna, ale ogólnie uważam, że schodzenie poniżej 150g na dzień jest absolutnie niedozwolone.
Po drugie, nie wykonywać (dłuższych sesji) cardio przed treningiem siłowym, ale ok. 10 minut na rozgrzewkę oczywiście jest wskazane.
Po trzecie, nie zapominać o pełnowartościowym białku w diecie. 

Jestem wielką przeciwniczką diet niskokalorycznych w aspekcie zrzucania zbędnych kilogramów, bo nie dość, że działają negatywnie na nasze zdrowie fizyczne, to również i na psychiczne. Polak głodny, to Polak zły - mówi znane porzekadło, ale na tym lista się nie kończy. Innymi problemami rodzącymi się na tym podłożu jest między innymi zaburzona percepcja własnego ciała, przesadny perfekcjonizm, obniżona samoocena, ciągły lęk i niepokój, a często nawet depresja.

Mam wielką nadzieję, że nie stracicie głowy w ferworze walki o tzw. bikini body, zwłaszcza teraz gdy jesteśmy już na ostatniej prostej przed latem. Drastyczne obcinanie kalorii nigdy nie należało do dobrych rozwiązań, a dieta MŻ wcale nie jest genialna w swej prostocie. Tym bardziej, że tak jak wspominałam wcześniej - niestety mamy tendencję do przesadzania i bardzo często kończymy z jadłospisem tak uszczuplonym, że w zasadzie zmuszamy organizm do żywienia się powietrzem, a po co skoro można jeść, czuć się świetnie i przy tym chudnąć, zachowując zdrowie?

Warto zajrzeć:
Jak komponować posiłki? Krótki poradnik
Trening przy redukcji tkanki tłuszczowej
Jak schudnąć i nie zwariować
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...