piątek, 21 grudnia 2012

Zrestartowałam swoje życie w dzień końca świata! Dzień Prawdy

O tym, że dziś ma się skończyć świat, pierwszy raz usłyszałam w 2006 roku. Miałam wtedy dwanaście lat i powiem szczerze - byłam przerażona! Jednak z każdym mijającym rokiem moje nastawienie odrobinę się zmieniało. Wystraszony dzieciak stał się kimś, kto w przepowiedni o 21 grudnia 2012 widzi coś głębszego niż dosłowny koniec świata.

Czy nie chodziło po prostu o to, by przekonać się jak to jest tak naprawdę żyć chwilą? Świadomość, że być może za niedługo wszystko się skończy, popychała nas do rzeczy, których normalnie byśmy nigdy nie zrobili ze względu na brak odwagi, czyż nie? A przynajmniej tak było w moim przypadku, z czego bardzo się cieszę!

źródło: soup.io

Postanowiłam, że dzień dzisiejszy będzie ostatnim dniem mojego dotychczasowego życia i zarazem pierwszym całkiem nowego. Po prostu restart. Jednak ci, którzy już zdążyli mnie trochę poznać, powinni wiedzieć, że lubię duże akcje, silne emocje, nowe doświadczenia i wyjątkowe, magiczne momenty. Z tego właśnie powodu 21 grudnia 2012 roku został okrzyknięty Dniem Prawdy.

Każdy z nas chowa w sobie pewne żale, sekrety z przeszłości. Dusimy w sobie uczucia przez lata, bo nie mamy odwagi mówić o nich głośno - nawet jeśli wcale nie są negatywne - z różnych przyczyn, ale tak naprawdę jaki w tym sens? Za dużo rozmyślamy o konsekwencjach, zamiast po prostu działać. Dlatego główną idea dzisiejszego dnia było zdanie:
 "Gdyby świat dziś miał się naprawdę skończyć, chciałabym, żebyś wiedział(a), że...".

Wyrzuciłam z siebie mnóstwo złych, jak i dobrych emocji, które siedziały we mnie od bardzo dawna, ale bałam się reakcji ludzi, z którymi były one związane. Wyjaśniłam parę nieporozumień, pogodziłam się z pewnymi osobami, z którymi byłam skłócona przez lata, dowiedziałam się o kilku interesujących faktach z przeszłości, o których nie miałam pojęcia tylko dlatego, że... bałam się mówić o swoich uczuciach i skrywałam wszystko w sobie.

Poza tym to jest coś niesamowitego! Nie byłam świadoma, jak wielki ciężar noszę ze sobą codziennie. Naprawdę ogromny kamień spadł mi z serca i teraz czuję się lekka jak piórko. Oczyszczona atmosfera, rozwiązane spory z przeszłości. Szczerze polecam. Każdy dzień jest dobry na odrobinę szczerości. Wszystko, czego potrzebujecie to pięć sekund odwagi. Nie kalkulujcie. Nie zastanawiajcie się, jak zareaguje dana osoba lub co stanie się później. Po prostu wyrzućcie z siebie to, co w was siedzi. Zaufajcie mi, będziecie zaskoczeni, jak wszystko nagle się zmieni.

Nauczyłam się dziś, że nie ma sensu ukrywać swoich uczuć. Dzięki dzisiejszemu wyjawianiu prawdy, dowiedziałam się, że mnóstwo spraw mogłoby się skończyć całkowicie inaczej - często lepiej - niż się rzeczywiście skończyły, gdybym tylko miała odwagę powiedzieć, co naprawdę sądzę. Wartościowa lekcja życia. Teraz mogę spokojnie ruszać z czystym sumieniem w dalszą podróż... 

piątek, 7 grudnia 2012

Rewolucję czas zacząć! Wskazówki dla początkujących cz. I

Wszyscy doskonale wiedzą, że najtrudniejsze są początki. Kiedy mamy styczność z czymś dla nas nowym, często nie wiemy nawet od czego zacząć. Jednak dobre chęci to już połowa sukcesu. Zmiana trybu życia na zdrowszy zawsze jest świetnym pomysłem. Nie jestem w stanie wymyślić ani jednego negatywnego aspektu, który mógłby temu towarzyszyć. Z prostej przyczyny - bo ich po prostu nie ma! 

Cel: zdrowie, ładna sylwetka, dobra kondycja i wielki uśmiech na twarzy!

Minimum 5 posiłków dziennie
Nieważne, czy chcesz schudnąć parę kilogramów, czy po prostu zmienić swój tryb życia. Minimum pięć posiłków dziennie w dosyć równych odstępach czasu to podstawa. Każdy z nich powinien składać się z białka, węglowodanów i tłuszczy (śniadanie - przewaga węglowodanów, kolacja - przewaga białka). Nie najadaj się do syta. Najlepszym momentem, by odejść od stołu jest ten, w którym czujesz, że możesz jeszcze trochę zjeść. Informacja o pełnym żołądku dociera do mózgu dopiero po 10 minutach. Zachowanie równych odstępów czasowych między jednym a drugim posiłkiem jest ważne dlatego, że wpływa na szybkość metabolizmu. Organizm przyzwyczaja się do własnego zegara i łatwiej mu rozplanować pożytkowanie energii uzyskanej z ostatniego posiłku, ponieważ wie, ile dokładnie będzie musiał czekać, by dostać kolejny.

Woda, herbata, kawa
Nie jest żadną tajemnicą, żeby powinno się dziennie wypić przynajmniej dwa litry niegazowanej wody. Dlaczego właśnie niegazowanej? Dwutlenek węgla (zawarty w wodzie gazowanej) musi zostać wydalony przez organizm - im mniej go sobie dostarczamy, tym lepiej dla nas. Poza tym powoduje wzdęcia. Zdecydowanie odradzam wszelkie napoje słodzone, oranżady i tego typu płyny. Są przesiąknięte chemią i pustymi kaloriami, nie mają żadnej wartości dla organizmu. Sprawa wygląda inaczej, jeśli chodzi o soki - ten naturalne, bez konserwantów i sztucznych słodzików to dobry wybór, jednak trzeba bardzo uważać. Najlepszym rozwiązaniem jest zakup sokowirówki i przyrządzanie sobie takich soków samodzielnie. Herbata i kawa nie mają kalorii. Kawa przyśpiesza metabolizm. Wiadomo, że wypłukuje z organizmu magnez dlatego osoby, które piją więcej niż jeden kubek kawy dziennie, powinny szczególnie zadbać o to, by w ich diecie pojawiły się produkty bogate w ten pierwiastek. Co do herbaty, polecam czerwoną - zaraz po treningu, ponieważ przyśpiesza i wydłuża proces spalania tłuszczu oraz zieloną - najlepiej rano do śniadania, ponieważ działa pobudzająco na metabolizm.

RADA #1: Masz problem z wypijaniem odpowiedniej ilości wody dziennie, bo po prostu nie odczuwasz pragnienia zbyt często? Miej butelkę wody zawsze przy sobie, w zasięgu swojego wzroku. Oglądasz telewizję w salonie? Postaw na stole przed sobą wodę. Odrabiasz zadanie domowe przy biurku? Niech towarzyszy ci przy tym butelka wody. Idziesz na spacer? Weź małą butelkę wody do torebki. Za każdym razem, kiedy na nią spojrzysz lub o niej pomyślisz, wypij kilka łyków nawet jeśli nie masz na to ochoty.

RADA #2: Nie przepadasz za smakiem wody? Dodaj świeżo wyciśniętego soku z cytryny! Otrzymasz naturalną wodę smakową, a dodatkowo zadziałasz na swój metabolizm - sok z cytryny (jak zresztą wszystkie cytrusy) znacznie go przyśpiesza.

RADA #3: Zaraz po przebudzeniu wypij szklankę zimnej wody (im więcej tym lepiej). Przyśpieszy to metabolizm nawet do trzech następnych godziny.

RADA #4: Nie jesteś w stanie odzwyczaić się od słodzenia herbaty; gorzka po prostu ci nie smakuje? Zamień biały cukier na cukier trzcinowy! Dobrą opcją jest również stewia lub ksylitol.

Im mniej przetworzona żywność, tym lepsza
Główna zasada zdrowego odżywiania mówi o tym, by zawsze wybierać jak najbardziej naturalne produkty. Dlatego przykładowo lepiej kupić świeże warzywa niż mrożonkę z supermarketu. Ananas z puszki zawsze będzie gorszym wyborem niż świeży ananas ze stoiska targowego. Trzeba nauczyć się dostrzegać różnicę.

Twój metabolizm przyśpieszą np:
- pieprz
- papryka
- cytrusy

Nie podjadaj!
Między śniadaniem a drugim śniadaniem nie ma miejsca na małą przekąskę tak samo, jak między obiadem a podwieczorkiem czy jakąkolwiek inną parą posiłków. Układ pokarmowy potrzebuje przerw w dostarczaniu pokarmu (najlepiej nie większych niż 3 i pół godziny) - wtedy jego wydajność pracy rośnie i wszystko działa tak, jak należy.


czwartek, 6 grudnia 2012

Moderation thing - porzuć twarde zakazy i nakazy, uwierz w umiar

To może zabrzmi śmiesznie, ale zawsze mam problem z zapamiętaniem znaczenia słówka moderation. Oczywiście, doskonale wiem, co symbolizuje i mogłabym bez zastanowienia wygłosić cały elaborat na temat, który jest z nim związany. Problem tkwi raczej w jego polskim odpowiedniku. Nie jestem w stanie zapamiętać, że na moderation po polsku mówimy umiar. Stąd właśnie tytuł dzisiejszego posta.

              Moderation thing, czyli sprawa umiaru.              
Uświadomienie sobie istoty umiaru jest tak samo ważne, jak motywacja, determinacja i dobry plan działania. Chciałabym się dziś z wami podzielić moimi wnioskami, do których doszłam na przestrzeni kilku ostatnich lat. Są bardzo proste, jednak z czystym sercem mogę powiedzieć, że znacznie ułatwiają życie i dążenie do każdego celu. Być może niektórzy powiedzą, że Ameryki nie odkryłam, ale wiem, że jest jeszcze mnóstwo osób, które utrudniają sobie wszystko nieświadomie właśnie dlatego, że nie poznały jeszcze magii umiaru.



Umiar (można też powiedzieć moderacja) według mnie polega głównie na słuchaniu własnego ciała. Wiele z nas - czy to te, które się odchudzają, czy te które starają się po prostu zdrowo odżywiać - boryka się z problemem zachcianek. Coś słodkiego, jakiś fast food czy cokolwiek innego, co nie do końca wpisuje się w wizję diety, którą chciałybyśmy utrzymywać. Trzeba mieć bardzo silną wolę, by się temu nie poddać. Co najczęściej dzieje się, kiedy jednak dajemy skusić się na coś nieplanowanego? Odpuszczamy sobie całkowicie i zaczyna się dramat - do końca dnia cały nasz jadłospis wygląda, jak śmietnik, "bo skoro już zawaliłam, to po co się dalej starać", prawda? To takie ludzkie.

Kochane! Jeden niezdrowy posiłek nie sprawi, że nagle zaprzepaścicie wszystko to, co do tej pory osiągnęłyście tak samo, jak jeden wartościowy posiłek nie sprawi, że od razu staniecie się zdrowe i szczupłe! Proces w każdą z tych stron jest bardzo praco- i czasochłonny. (Wbrew pozorom na zniszczenie swojego organizmu i przybranie na wadze też trzeba się napracować.)
Sęk w tym, by takie jednorazowe wpadki nie zdarzały się nam za często!

RADA: Nie oceniajcie dnia całościowo pod względem udanego czy nieudanego jadłospisu. Na tapetę bierzcie po jednym posiłku. Rano nie martwcie się, co będzie na obiad - skupcie się na śniadaniu. A kiedy nadejdzie pora obiadowa, najważniejszy niech będzie obiad i nic poza nim. Kiedy przykładowo podwieczorek nie będzie dokładnie taki, jaki byście chcieli, żeby był - trudno, zostawcie to za sobą i skierujcie swoje oczy na kolację. Nieodpowiedni podwieczorek nie upoważnia do zmarnowania świetnej okazji na wartościową kolację. 

Nie ma nic złego w słodyczach, jeśli - uwaga - nie zapomnimy o umiarze! Masz ochotę na czekoladę mimo, że starasz się schudnąć? Bez obaw pozwól sobie na kawałek, ale podkreślam: na kawałek i nie codziennie. Świat się nie zawali, Twoja dieta też nie będzie zrujnowana. Nie przesadzajmy. To nic takiego, a przecież wszystko jest dla ludzi. Spójrzcie, co na ten temat sądzi Miranda Kerr...
źródło: tumblr.com
! Jeśli narzucimy sobie twarde zakazy i nakazy, których bezzwłocznie musimy przestrzegać, wszystko obróci się przeciwko nam. Nagle zakazany owoc będzie kusił dwa razy bardziej niż przed ustaleniem tych surowych zasad. Dlatego czasem lepiej wychodzimy na lekkim poskromieniu naszej ambicji i założeniu, że jesteśmy tylko ludźmi, więc małe wpadki pewnie się pojawią i nie ma w tym nic złego. 

Osobiście porzuciłam rygorystyczne planowanie swojego każdego ruchu, każdego składnika pojawiającego się w moich posiłkach. Pozwalam sobie na słodycze, czasem na alkohol, a nawet fast food i wiecie, co? To w żaden sposób nie wpływa na moje wyniki na treningach czy wygląd mojego ciała z prostej przyczyny - nie zdarza się to często, kontroluję porcje, respektuję zasadę umiaru. Dodatkowo taka postawa trzyma mnie z daleka od napadów zachcianek w nieoczekiwanych momentach, a kiedy już się jakaś zdarzy - łatwiej ją poskromić. Poza tym jeśli odpuścimy sobie rygor, wszystko staje się o wiele bardziej przyjemne. : ) 

sobota, 1 grudnia 2012

Witaj grudniu! + tabelki (nie tylko) treningowe

No i mamy grudzień! Wow, niewiarygodne, jak ten rok szybko minął. Czuję, jakbym dopiero co układała listę postanowień noworocznych, a tu właściwie już nadszedł czas podsumowań, ale o tym dopiero za 30 dni. 

Tak, jak wspominałam wcześniej, stworzyłam sobie podobne tabelki jak na listopad, jednak wprowadziłam pewne modyfikacje. 
Pierwsza tabelka: jest to zwykły kalendarzyk. Dzień skreślony zielonym krzyżykiem to dzień udany, czerwonym - już mniej. Jako główne kryterium będę obierała tutaj mój jadłospis; stąd dni świąteczne zaznaczone są pogrubieniem, bo nawet jeśli postawię tam czerwony krzyżyk, nie będę się specjalnie przejmować. Nie szalejmy, a wyobraźcie sobie tą satysfakcję, kiedy mimo wszystko pojawi się krzyżyk zielony. 
Druga tabelka: w tamtym roku moim postanowieniem adwentowym było 100 brzuszków dziennie. Pamiętam, że była to naprawdę świetna sprawa. Mała rzecz, a pomogła mi wzmocnić siłę woli i systematyczność. Poza tym moje mięśnie brzucha tylko na tym skorzystały! Dlatego w tym roku powtórka, jednak w skali całego miesiąca, nie tylko adwentu. (Nadmienię tu tylko, że identyczną tabelkę mam w związku z książkami. Chciałabym wypracować w sobie przez ten miesiąc "uzależnienie" od czytania książek minimum przez godzinę dziennie.)
Trzecia tabelka: to modyfikacja treningowej tabelki z listopada. Nie wszystkie moje treningi odbywają się pomocy jakichś przyrządów. Po prostu czasem lubię postawić na samą metodę Grey albo gotowe treningi z filmików na youtube. Tabelka z listopada zakładała 8 przyrządów na tydzień, co oznaczało, że przynajmniej w dwa dni musiałabym łączyć dwa przyrządy plus do każdego innego treningu dodawać przynajmniej jeden, wtedy miałabym jeden dzień w tygodniu na regenerację. Zdecydowanie ZA DUŻO przyrządów. Dlatego w grudniu system nieco się zmienił. Jeden przyrząd ma się pojawić minimum trzy razy w tym miesiącu i nieważne, w którym tygodniu.
Wypadałoby też zacząć ograniczać słodycze, bo ostatnio zauważyłam, że pozwalam sobie na zbyt wiele. Nie organizuję żadnej akcji z odliczaniem dni i tak dalej, bo wiem, że już za sześć dni w mikołajki na pewno sobie nie odmówię. Powiedzmy, że potrzebuję ostatnio wspomagania endorfinowego w każdym z możliwych sposobów, bo moje problemy osobiste ciągle trwają, końca nie widać i powoli zaczynam wysiadać... ale mniejsza z tym. 
Trzeba wziąć się w garść i iść do przodu.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Zdrowe odżywianie kwestią szacunku do samego siebie

Nieustannie słyszę komentarze typu: "Ja to bym tak nie mógł(a) ciągle uważać na to, co jem. Zajmuje to za dużo czasu. Poza tym niezdrowe jedzenie jest takie pyszne!", kiedy zostaję przykładowo przyłapana na pałaszowaniu zdrowego, drugiego śniadania w szkole albo w momencie, kiedy w toku zwykłej rozmowy zdarzy mi się nieświadomie wtrącić coś na temat healthy lifestyl'u. 
Rozumiem, że zdrowy tryb życia nie musi być wielką pasją każdego człowieka na ziemi tak, jak jest moją, ale niezbędne minimum to moim zdaniem poniekąd obowiązek. Chociażby dlatego, że tu przecież chodzi o nasz organizm, ciało, zdrowie, a więc o jakość i długość naszego życia. Tak naprawdę to jest kwestia szacunku do samego siebie, czyż nie? Nasze ciało to świątynia, dom, w którym będziemy mieszkać do końca naszych dni. Czy to nie wystarczający powód do tego, by traktować je należycie i z największą troską? Jesteśmy tym, czym się żywimy. Nasz żołądek to z pewnością nie kosz na śmieci. 

Zdrowa żywność sprawia, że jesteśmy
silniejsi, piękniejsi, szczęśliwsi, mniej podatni na choroby, mamy więcej energii.

Szczerze powiedziawszy osobiście nie widzę różnicy w ilości czasu, którą poświęcam na dbanie o zdrowy jadłospis a wcześniejszym po prostu braniem tego, co było pod ręką (zazwyczaj średnio zdrowe produkty). Poza tym moim zdaniem nie ma nic pyszniejszego niż pożywny, dobrze skomponowany, kolorowy posiłek! Żaden fast food nie jest w stanie mu dorównać!
No i najważniejsze: zdrowy tryb życia daje mega satysfakcję!

niedziela, 4 listopada 2012

Plan treningowy na listopad; tabelki

Postanowiłam podejść do listopada na poważnie. Bez określonego planu wiem, że byłoby mi ciężej. Znacznie częściej bym odpuszczała i skończyłoby się to tak, że kolejny miesiąc poszedłby na zmarnowanie. W ogóle, co tu dużo mówić! Każdy doskonale wie, o co chodzi.

Korzystając z wolnego, niedzielnego popołudnia przygotowałam sobie takie śmieszne tabelki. 
Jeden kwadracik (albo prostokąt) to jedna sesja (tak to nazwijmy) z danym przyrządem. Czyli na tydzień powinnam dwa razy poćwiczyć z hantlami, dwa na stepperze, raz pojeździć na rowerze stacjonarnym, raz poskakać na skakance i dwa razy kręcić hula hopem. Wyjątkiem jest ostatni tydzień, z którego odpada sobota i niedziela (tak akurat się miesiąc kończy), więc jest krótszy, co równoznaczne jest z tym, że jest mniej czasu na treningi. Jak łatwo zauważyć, kratek na tydzień jest więcej niż w ogóle dni w tygodniu. Wynika to z faktu, że sesje mogą być łączone to znaczy, że jeden trening może składać się przykładowo z hantli i hula hopu albo i nawet z połączenia wszystkich wymienionych w tabeli przyrządów. Nie ma narzuconego czasu, ile dokładnie na każdą sesję jednorazowo powinnam poświęcić.

Obiecałam też sobie, że w tym miesiącu zrobię kolejne podejście do A6W. Do końca miesiąca mamy 27 dni (łącznie z dzisiejszym), więc w listopadzie mogę zaliczyć 27 z 42 dni całego Weidera, czyli zdecydowaną większość. W sumie mogłabym odhaczyć już pierwszy kwadracik, bo pierwszy dzień A6W już za mną, ale nie chciałam mieszać. Puste tabelki na start to puste tabelki.

Pod koniec miesiąca zamieszczę na tyle wypełnione tabelki na ile mi się uda. Jestem strasznie ciekawa, czy zawiodę i zostanie więcej pustych kratek, czy wręcz przeciwnie. Jak na razie motywację mam ogromną. Oby nie spadła.

wtorek, 9 października 2012

Mój sposób: organizacja w kratkę

Dobra organizacja to jeden z kluczy do sukcesu, dlatego nieustannie staram się dążyć do perfekcji w tej dziedzinie. Dziś chciałabym podzielić się z wami moim nowym sposobem, który z dniem dzisiejszym wchodzi w fazę testów. Czy będzie skuteczny? Się okaże. 


Kliknij, by powiększyć.

*Poniedziałek jest skreślony, ponieważ pomysł powstał i wszedł w życie dopiero dzisiaj. Nie chciałam marnować czasu i czekać do kolejnego poniedziałku. 

System tygodniowy. Wybrałam siedem aspektów, które są w tym momencie dla mnie najważniejsze. Ich obecność na liście dziennych obowiązków jest wręcz niezbędna. Biologia i matematyka w ramach przygotowania do matury, angielski i hiszpański - jako rozwój umiejętności (no i poniekąd matura, jeśli chodzi o angielski).

Jak to działa? Niezakreślona kratka oznacza, że za mało czasu poświęciłam na daną dziedzinę albo nie poświęciłam go wcale.

Plusy? Na koniec tygodnia widzę czarno na białym, jak pracowałam przez ostatnie siedem dni, co zostało zaniedbane i co wypadałoby poprawić w kolejnym tygodniu. Przy okazji taki system jest motywacją, by w ogóle zabrać się do pracy :)

środa, 19 września 2012

Inspiracja: fitnessowy rekord świata 54-latka

Drogą wstępu... Wszyscy na pewno chociaż raz spotkali się z ćwiczeniem o nazwie plank (na polskich portalach, filmikach pojawia się czasem określenie deska). 

Jest to pozycja, która utrzymuje w napięciu - a przez co rozwija i kształtuje - dużą partię mięśni naszego ciała. Plank polecany jest głównie przy treningach mięśni brzucha, co nie zmienia faktu, że zaangażowane są też mięśnie nóg i ramion. Wszystko, co musimy robić to trwać w pozycji, jak na załączonym obrazku i nie zapominać o oddychaniu.

Wygląda banalnie? Też tak pomyślałam, gdy pierwszy raz usłyszałam o desce. Spróbujcie sami!


Ale gdzie ta inspiracja!
Tak, więc przedstawiam wam
54-letniego pana, rekordzistę świata w planku.
Jego wynik to 1h i 20 minut!
*(gif przedstawia końcówkę bicia rekord, nie ostateczny wynik)


Jeśli jesteście w stanie utrzymać idealną pozycję deski przez 5 minut, musicie wiedzieć, że jesteście moimi bohaterami! Zaraz po tym panu! ; ) 
Mój rekord jak dotąd to 1 min 30 sekund. Marnie... oj, marnie...

wtorek, 18 września 2012

Memrise.com - kolejna językowa pomoc online



Główny priorytet to słownictwo. System przyswajania nowych słówek jest bardzo przyjazny. Polega na naprzemiennym czytaniu, słuchaniu, wpisywaniu własnoręcznie i wybieraniu prawidłowej definicji danego słowa. Każde nowe słowo to roślina, która trafia do naszego wirtualnego ogrodu. Rośliny oczywiście trzeba podlewać, by nie zwiędły - podlewanie odbywa się na zasadzie powtórek wcześniej poznanej partii materiału. Angielski nie jest jedyną opcją. Memrise oferuje naukę wszystkich języków, jakie tylko przyjdą nam do głowy.

Moje prywatne wrażenia bardzo pozytywne. Nie spędzam tam jakoś specjalne dużo czasu, ale raz na jakiś czas zaglądam i zawsze czegoś nowego się nauczę właściwie bez wysiłku. 

Z czystym sumieniem mogę polecić!

środa, 12 września 2012

Wafle ryżowe: wróg czy sprzymierzeniec?

Wafle ryżowe są obecne w moim jadłospisie od ładnych paru lat. Zawsze uważałam je za dobrą opcję przekąski i wcale nie mam tu na myśli kategorii diet odchudzających. Wydawały się takie "zdrowe" takie "fit"... jednak przed chwilą coś mnie tknęło by sprawdzić, czy aby na pewno tak jest.
źródło: ilewazy.pl
Na samym początku zostałam zbombardowana mnóstwem negatywów i głośnych krzyków, że wafel ryżowy to zło największe i jedyny słuszny ruch to usunięcie go z diety jak najprędzej!
Argumenty to między innymi: 
  • wysoki wskaźnik IG (indeks glikemiczny) to znaczy, że bardzo szybko podnosi poziom glukozy we krwi. Co za tym idzie, nasz organizm zaczyna produkować insulinę i procesy spalania tłuszczu odchodzą na dalszy plan
  • wysoki poziom przetworzenia - nie od dziś wiadomo, że zdrowa dieta powinna składać się z jak najmniej przetworzonych produktów.
  • brak wartości odżywczych poza węglowodanami - wafel ryżowy produkowany jest z białego ryżu, który jak wiemy, jest źródłem głównie węglowodanów.
  • znikoma ilość błonnika
Spotkałam też analizy składów z opakowań  wykonanych przez bloggerów. Okazuje się, że większość (nie wszystkie) wafle ryżowe zawierają barwniki i chemiczne ulepszacze. 

Pierwsze, co zrobiłam to pobiegłam do kuchni, by sprawdzić skład moich wafli. Na szczęście nie znalazłam tam niczego niepokojącego. Tak, czy inaczej pierwsza myśl została niezmienna: kończę opakowanie, które mam - bo przecież nie wyrzucę - i więcej ich nie kupię!

Jednak im dalej w las, tym więcej drzew. W miarę zagłębiania się w ten temat zaczynałam trafiać też na artykuły, gdzie o waflach ryżowych pisze się w samych superlatywach, wręcz gloryfikuje się je! Przykład jeden z wielu można zobaczyć TUTAJ. Między innymi można dowiedzieć się, że wafel ryżowy to świetny zamiennik pieczywa (co za bzdura!) czy też o tym, że zawiera mnóstwo witamin. 

Okazuje się, że w internecie pojawiają się informacje dosłownie przeciwstawne. Proporcje częstotliwości występowania jednych i drugich są zbliżone, więc na tej podstawie ciężko wywnioskować, która strona sporu ma rację. Osobiście przyznam, że jestem skołowana. Kompletnie nie wiem, co myśleć.

Jakie jest wasze zdanie na ten temat?

wtorek, 11 września 2012

Alternatywa dla A6W - program 300 brzuszków

Jako że A6W zanudziło mnie na śmierć już czwartego dnia, postanowiłam poszukać alternatyw. No i znalazłam! Buszując po sporto-fitnessowych portalach, natknęłam się na - stosunkowo już dawno odkryte, ale zapomniane przeze mnie - cykle treningowe, jak ja to nazywałam swoiście. Mowa o:
Oczywiście, osobiście najbardziej zainteresowana jestem ostatnim z wymienionych. Przynajmniej na ten moment! 100 pompek też wydaje mi się dosyć ciekawe, ale chwila, chwila, chwila - muszę pohamować tego rumaka ambicji, bo nic dobrego z tego nie wyjdzie. Skupię się na programie 300 brzuszków.

O co w tym chodzi?  Po pierwsze: wykonujemy test brzuszków, który pozwala nam określić, z którego pułapu startujemy (by dobrać poziom zaawansowania). Polega on tylko i wyłącznie na policzeniu, ile brzuszków ciągiem jesteśmy w stanie zrobić jednorazowo. Po drugie: Zaczynamy ćwiczyć według danej rozpiski  w zależności od wyniku testu. I to wszystko! Banał.
*Bardziej szczegółowe informacje można zdobyć wchodząc na stronę główną programu.

Wynik mojego testu na dzień dzisiejszy to marne 82 brzuszki. Ta liczba motywuje mnie niesamowicie. "Co to ma być?! 82 brzuszki? Przecież mogłabym być lepsza!" - podpowiada mi ambicja.

Zgodnie z powyższym wynikiem mój plan treningowy na najbliższy tydzień wygląda W TEN SPOSÓB.


Tak więc życzcie mi powodzenia i wytrwałości! Na pewno się przyda. A jeśli któraś ma ochotę, zapraszam! W grupie siła! Zaczynam od jutra. : )

Powakacyjne porównanie - mój progres na zdjęciach - before&during legs

Był brzuch, ostatnio były ramiona, czas na nogi! Wysypało się teraz sporo tych fotoprogresów, bo wakacje były czasem największych wyzwań, więc teraz trzeba zebrać plony, tak? Mam nadzieję, że was tym nie zanudzam! A nawet jeśli to jak już przebrniemy przez tą falę, będzie na jakiś czas spokój.
Jest to różnica dokładnie - co do dnia - trzech miesięcy. Te same spodenki. Wagowo 59 kg - 56 kg. Centymetrowo, o ile dobrze pamiętam z lewej strony 56 cm (w najgrubszym miejscu uda), a z prawej - 52.

Powiem wam, że zwykłe wymachy nóg na boki (jak na załączonym obrazku) działają cuda. Gdybym była bardziej sumienna i dołączała je do każdego treningu, a nie tylko do co drugiego albo i co trzeciego, pewnie zanotowałabym o wiele większy spadek centymetrów w tym najbardziej dla nas kłopotliwym obszarze wewnętrznej strony ud. 

Polecam minimum trzy serie na jeden trening, ze zmiennym tempem (np. pierwsza bardzo szybko, druga bardzo powoli, trzecia w umiarkowanym tempie) po 10-12 powtórzeń na jedną nogę.

Gwarantuję, że już po dwóch tygodniach pracy zobaczycie pierwsze efekty!


niedziela, 9 września 2012

Busuu.com, czyli moje nowe, językowe odkrycie

Dwa dni temu, buszując po blogach o samorealizacji i rozwoju, zupełnie przypadkiem wpadłam na posta polecającego pewną stronę, o której nigdy wcześniej nie słyszałam.

Wygląd profilu zaraz po założeniu konta.

Busuu.com to portal poświęcony językom obcym. Zakochałam się w nim niemal od pierwszego wejrzenia i od razu założyłam swoje konto - oczywiście rejestracja odbywa się bezpłatnie!

Na początku zostaje zaoferowany nam test sprawdzający poziom naszego zaawansowania językowego (z którego możemy, ale nie musimy korzystać). Na jego podstawie określany jest poziom trudności lekcji, od którego zaczynamy naukę z Busuu. Wybieramy języki, których chcemy się uczyć i...po prostu zaczynamy przygodę! 

Jest możliwość wykupienia konta premium, które daje nam więcej możliwości, ale jeśli mam być szczera - jest to zupełnie niepotrzebne. I bez opcji premium Busuu daje nam mnóstwo materiałów do nauki i można wycisnąć z tego portalu naprawdę wiele.

Lekcje składają się z wszystkich najważniejszych aspektów, które są potrzebne do opanowania danego języka: słownictwo, czytanie, pisanie, wymowa, rozmowa. Na koniec każdej z lekcji jest test utrwalająco-sprawdzający nasze postępy. 

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Checkpoint - aktualizacja wymiarów

Nie chciałam jeszcze sprawdzać, co się dzieje na centymetrze. Przecież aż tak dużo pracy nie było w tym miesiącu; zawsze mogło być więcej. Poza tym lepiej nie sprawdzać za często, bo widząc niewielkie zmiany, może nas to zniechęcić i po co? No, ale! Minął ponad miesiąc od ostatniego checkpointu, więc pomyślałam, że w związku z moim wczorajszym restartem, powinnam zrobić aktualizację wymiarów.

23 lipca / 27 sierpnia
ramię: 24 cm / 23,5
biust: 82 cm
 talia: 65 cm / 63 
brzuch: 79 cm / 78
biodra (pupa): 93 cm / 91
udo: l. 53,5 cm; p. 54 cm / 52,5
łydka: 34,5

Biust i łydka się nie zmieniły. W sumie jest - 7 centymetrów w trzydzieści cztery dni. Najbardziej podoba mi się to, że nareszcie uda mi się zrównały! Zawsze jedno było troszkę większe od drugiego, a dziś okazuje się, że są identyczne. Wagowo jest to różnica mniej więcej 1,5 kg. Nie najgorzej. Nie wiem w sumie, czemu wspominam o wadze. Jest tak mało ważna, jak nic innego na świecie, no ale. Jeśli chodzi o progres kondycyjny to jest spora różnica, ale niestety nie mam, jak jej udokumentować. Będziecie musiały wierzyć mi na słowo! ; )

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Z cyklu Savannah opowiada o swoich doświadczeniach: bieganie - po co? kiedy? jak?

Bieganie. Poprawia sprawność serca, wydolność układu oddechowego, działa zbawiennie na zszargane nerwy, poprawia humor przez porządną dawkę endorfin, przyśpiesza metabolizm nawet do 72 godzin po treningu, jest niemałym zastrzykiem energii na cały dzień, fantastycznie rzeźbi nogi i pośladki... to tylko najbardziej podstawowe korzyści wynikające z biegania! Mówi się nawet, że biegając od godziny do dwóch i pół na tydzień wydłużamy swoje życie o przynajmniej 5 lat! 

Co ja osobiście lubię najbardziej w tej formie aktywności fizycznej? Zdecydowanie to, że nigdy nie żałuję żadnego treningu. Poza tym bieganie jest jak medytacja. Odłączam się od rzeczywistości, szybuję gdzieś w innym wymiarze, wyciszam się i mogę przemyśleć wiele spraw w spokoju. Kiedy biegam, problemy znikają. No i nic tak nie cieszy, jak porządny wycisk i stosunkowo szybkie efekty w poprawie kondycji (o ile biega się systematycznie). 

Kiedy biegam? Zdecydowanie jestem zwolenniczką porannych godzin. Wszystko dopiero budzi się do życia, niewielu ludzi chodzi po ulicach, co pozwala pokonać ewentualny wstyd, czy skrępowanie (choć tak naprawdę nie ma czego się wstydzić, wręcz przeciwnie). Ponadto uważam, że bieganie to najlepsze rozpoczęcie dnia z możliwych! Pobudza lepiej niż mocna kawa, przyśpiesza metabolizm na cały dzień (co jest ważne, jeśli chcemy schudnąć; w odchudzaniu przecież głównie chodzi o utrzymywanie szybkiej przemiany materii w ciągu całego dnia) i zaopatruje nas w pakiet dobrej energii do wieczora. Poza tym pomyślcie o tej satysfakcji! "Większość moich znajomych jeszcze smacznie śpi, a ja biegam i robię coś dobrego dla siebie!"

Jak często? Moja ambicja podpowiada mi, że fajnie byłoby biegać codziennie, ale tak na zdrowy rozsądek - myślę, że byłoby to za dużo. Przetrenowanie albo szybki spadek motywacji i zniechęcenie. Trzy razy w tygodniu w ewentualnych porywach do czterech moim zdaniem jest optymalną opcją. Trzeba dać sobie czas na regenerację. 

Moje początki. Zaczynałam od 'przeplatanki'. 5 minut marszu w ramach rozgrzewki, 5 minut biegu, 5 minut marszu, 5 minut biegu, 10 minut marszu dla wyjścia z szybkiego tętna. Po trzech takich treningach byłam w stanie połączyć dwie piątki biegu w dziesiątkę i moja 'przeplatanka' wyglądała tak: 5 minut marszu, 10 min biegu, 5 minut marszu, 5 minut biegu, 10 minut marszu. Według tego systemu analogicznie połączyłam dziesiątkę z kolejną piątką i wyszło 15 minut ciągłego biegu. A potem nagle przeskoczyłam do 30 i zupełnie nie wiem, jakim cudem. Tyle mogę powiedzieć od siebie w tym temacie : ).

Cele. Chcę dojść do godziny ciągłego biegu w średnim tempie jeszcze w tym roku, więc trochę pracy przede mną! Do tej pory skupiałam się bardziej na czasie niż na szybkości, czy przebiegniętych kilometrach. Jednak ostatnio gdzieś tam w głowie zaczęła mi się rodzić taka myśl, że fajnie byłoby dojść do takiej kondycji, która pozwalałaby mi przebiec kilometr w mniej niż 3 minuty. Ambitnie, nie powiem, że nie. Ale przecież jestem tu po to by stawać się lepszą, tak? Nie wiem, jak długo zajęłoby mi osiągnięcie tego celu, właściwie nie jest to ważne. Ważne, że mam chęć tego dokonać.

Najważniejsze to nie wymagać od siebie zbyt wiele, ale też stawiać sobie wyzwania, bo tylko one pozwolą nam się rozwijać. Trzeba znaleźć złoty środek między zbyt wygórowanymi a  za słabymi ambicjami. No i jak zwykle motywacja - w chwili zwątpienia przypomnijmy sobie, dlaczego na początku postanowiliśmy zabrać się za bieganie. A kiedy złapie nas niesamowity leń i za nic w świecie nie będzie chciał nas wypuścić z domu, po prostu wyłączmy myślenie! Ubierzmy sportowy strój i buty automatycznie, bez zastanowienia i zwyczajnie wyjdźmy. Uwierzcie, działa. Wypróbowałam ten sposób na sobie.

A run begins at the moment you forget you're running.

sobota, 11 sierpnia 2012

Przepis na placki z serka wiejskiego

Inspiracja pochodzi z przepisu znalezionego w internecie. Nie jest on więc mojego autorstwa. Niemniej polecam, bo placki były naprawdę dobre! Na śniadanie w sam raz :).

Składniki:
jajko
serek wiejski (ok. trzech łyżek)
mąka (płaska łyżka)
otręby (płaska łyżka)
proszek do pieczenia (płaska łyżeczka)
cynamon
cukier lub słodzik


1. Wymieszać wszystkie składniki, posłodzić (słodzę niecałą płaską łyżeczkę cukru)
2. Poczekać kilka minut aż otręby napęcznieją (ja czekam 15 min)
3. Smażyć na teflonowej patelni

Łatwe i przyjemne. Według moich obliczeń wychodzi ok. 300 kalorii na porcję taką, jak na zdjęciu (same placki). Dodatki zależą od nas samych. Najlepiej jakby były to jakieś owoce. Ja wczoraj moje placki podałam z musem bananowym, czyli po prostu z rozgniecionym bananem. Pycha!

czwartek, 9 sierpnia 2012

Progres na zdjęciach, czyli moje wakacyjne before&during

Nie jest to typowe before&during, ponieważ pierwsze zdjęcie pochodzi z czasów, kiedy prowadziłam bardzo niezdrowy tryb życia. Tak naprawdę o żadnej diecie nie było wtedy mowy, a już na pewno nie takiej, jaką staram się utrzymywać teraz. Naprzemienne głodówki z obżarstwem do granic możliwości, ach szkoda wspominać. Najważniejsze, że to już (miejmy nadzieję!) za mną. Drugie zdjęcie pochodzi już z czasu, kiedy znajduję się na właściwej, zdrowej drodze. Zestawiając je, chciałam się po prostu przekonać, czy coś przez ten dokładnie rok się zmieniło. Czysta ciekawość i... chęć zmotywowanie się do dalszej pracy.
Kliknij, by powiększyć.
Jakie wnioski? Zmiany - owszem - są. Może nie jakieś kosmiczne, ale progres to progres; nawet najmniejszy cieszy. Przede mną jeszcze dużo pracy, więc motywacja na poziomie tysiąc sześćset i do roboty!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...